Maltańczyk – pies, który zmienił nasze życie

maltańczyk pies

Maltańczyk – czyli jak pies niespodziewanie pojawił się w naszym życiu? Nie ukrywam, że przez ostatnie bardzo intensywne zawodowo i rodzinnie lata nie wyobrażałam sobie psa w naszym życiu. Mimo że bardzo dbam o work-life balance, to i tak mam wrażenie, że zbyt często spina się on bardzo cieniutkimi niteczkami. Dzieci są małe i wymagające, oboje z Wojtkiem mamy nienormowane godziny pracy, często wyjeżdżamy… nie widziałam w naszym życiu miejsca na psa. Do czasu.

 

 

Kiedy 3 lata temu zostałam mamą Maksia, zbiegło się w czasie, że moja siostra Ania została psią mamy maltańczyka Molly.  Uczyłam się życia z dwójką dzieci, które początkowo tak mnie przerastało, że przez kilka miesięcy nie byłam nawet w stanie wyjść z dwójką dzieci z domu. Gdyby miał być z nami jeszcze pies, to by był kosmos – czułam, że zdecydowanie by mnie to przerosło…

 

 

Mimo więc częstych wzajemnych odwiedzin starałam się nie zakochiwać w psie mojej siostry. Po pierwsze dlatego, że wówczas zakochiwałam się w moim synku, po drugie nie chciałam robić sobie nadziei na żadnego zwierzaka, gdy widziałam, że w naszym życiu nie ma na niego miejsca, a po trzecie wiedziałam, że jeden z moich Synków ma alergię na koty.

 

Z tych powodów na początku troszkę się z tym pieskiem „próbowałam”, czy moje dzieci nagle nie zaczną się przez jego obecność dusić albo nie będą miały ciągłego kataru. Molly jest jednak w naszym życiu już od 3 lat, więc wszelkiego rodzaju rodzinne uroczystości, wyjazdy, święta czy po prostu weekendowe wyjazdy odbywają się także z Molcią, na szczęście nie pojawiły się żadne reakcje alergiczne… a chłopcy temat alergii już jakiś czas temu pożegnali.

 

Tak jak wspomniałam, ze względu na alergię siłą rzeczy nasze dzieci nie wychowywały się ze zwierzętami – przez pierwsze lata życia Mikusia nie odwiedzaliśmy znajomych, którzy mają koty, ponieważ mogło skończyć się to wizytą na SORze… Nawet wizyta znajomego, który ma kota, skutkowała tygodniowym katarem – dla rodziców takiego maluszka to zbyt dużo. Moje dzieci początkowo nie były więc Molcią zachwycone, wręcz nawet się jej troszkę bały – nic dziwnego. Gdy Molcia ich polizała, nie było to dla nich żadne fajne uczucie, nie było to radością, więc tematu posiadania pieska po prostu u nas w domu nie było.

 

Do czasu.

 

3 tygodnie temu zadzwoniła do mnie siostra z prośbą…

 

„Słuchaj Aga, my wyjeżdżamy na urlop, na który nie można zabrać pieska. Może zajęlibyście się Molcią przez 5 dni, 4 noce. Mogłoby to być dla Was fajną przygodą”.

 

Z jednej strony byłam podekscytowana, a z drugiej… troszkę przerażona. W końcu zdecydowałam, że weźmiemy pieska na próbę. Mieli wyjechać dopiero za tydzień, więc powiedziała Ani, że przyjedziemy po Molcię w sobotę i zostanie u nas do niedzieli, na jedną noc, żebyśmy mogli sprawdzić, czy damy radę.

 

Ania odpowiedziała, że myślała, że zrobi mi przyjemność, że od razu się zgodzę, bez wahania, że się ucieszę, że bez tych wszystkich obowiązków wynikających z posiadania psa, przez te kilka dni będziemy mogli poczuć się, jak byśmy pieska naprawdę mieli…

 

Dodała jednak, że jeśli mam wątpliwości, nie ma tematu – piesek zamieszka u jej przyjaciółki, która bardzo na niego czeka.

 

Przemyślałam to i musiałam przyznać jej rację: mało kto ma możliwość sprawdzenia, jak się żyje z psem, bez potrzeby kupowania psa, z pieskiem już odchowanym – marzenie! Odpowiedziałam jej więc, już bez wahania, że chętnie się Molcią zaopiekujemy na te 5 dni (w nadziei, że damy radę) 🙂

 

Poszłam do Wojtka z uśmiechem na ustach i powiedziałam, że na 5 dni będziemy mieli w domu pieska. Wojtek trochę kręcił nosem, że to weekend, że nigdzie nie pojedziemy, ale przekonałam go słowami Ani, że to wyjątkowa okazja dla naszej rodziny.

 

Zaczęliśmy więc przygotowywać się z dziećmi na przyjęcie Molci do naszego domu. Postanowiliśmy przyuczyć dzieci, że piesek to nie tylko wielka radość, ale też obowiązek, więc mieliśmy frajdę przy kupowaniu miseczek, smakołyków czy zabawki. Jako rodzice, którzy kiedyś przygotowywali się na nadejście dzieci, wiemy, że już same takie przygotowania są radością. Chcieliśmy, żeby i nasi synkowie czuli tę radość oczekiwania na przyjęcie w naszym domu nowego członka rodziny – choćby tylko tymczasowego.

 

Pojechałam po Molcię do Ani, a gdy przywiozłam ją do domu, byłam bardzo zaskoczona. Nasze dzieci, które podczas wszelkich spotkań z Molcią u mojej siostry nie były zbyt wylewne, teraz, na swoim, bezpiecznym terenie, totalnie się na tego pieska otworzyły.

 

Od pierwszego dnia było tulenie, dbanie, karmienie, chodzenie za pieskiem i częstowanie go smakołykami, głaskanie, wyznawanie uczuć, chodzenie na spacery- łącznie z wyrywaniem sobie nawzajem smyczy… Wieczorem chłopcy oczywiście zaprosili pieska do łóżka, by jeszcze przed snem go poprzytulać – nie zamierzałam im tego zakazać.

 

Nawet w najśmielszych snach nie spodziewaliśmy się, że tak zareagują, że tak bardzo się na pieska otworzą. Niesamowite jest też to, jak mój Mąż otworzył się na psiaka, widząc, jak zachowują się w stosunku do niego nasze dzieci. Wieczorem pozwalał jej wchodzić sobie na kolana, głaskał, bawił się jej łapkami…

 

To wszystko rzeczywiście stało się dla nas piękną przygodą i zdałam sobie sprawę, że jesteśmy w bardzo komfortowej sytuacji. Pracujemy przecież kilometr od domu, idziemy do pracy piękną aleją wśród drzew, a gdy pada, podjeżdżamy samochodem. Pracujemy u siebie, więc nie ma też problemu, żebym do pracy chodziła z psem. W związku z tym przez cały pobyt Molci u nas chodziłam z nią do pracy. Wspaniałe było też podejście wszystkich pracowników do pieska, którzy chętnie go głaskali i dawali się polizać.

 

Byłam spokojna, tłumaczyłam sobie, że to pewnie ten pierwszy dzień, nie nie nastawiałam się, że będzie tak przez całe 5 dni – nic bardziej mylnego. Stosunek Maksia i Mikusia do Molci wciąż pozostawał taki sam i był niczym innym jak obustronnym zachwytem i bezinteresowną miłością.

 

Ja też nie pozostałam obojętna na uroki Molly – zauważyłam, że daje mi ona ogromną radość, pokazała mi też niesamowitą rzecz: umiejętność odciągania mojej uwagi. W mojej głowie pojawiło się takie miejsce dla Molci, że nawet w trudniejszych momentach, momentach stresowych w pracy, po prostu patrzyłam na tego pieska, który sobie spokojnie leżał u moich stóp lub przeciwnie – wskakiwał mi na kolana – i od razu się wyciszałam. Był takim amortyzatorem złych myśli i stresów – pomagało już samo to, że odrywałam się od pracy i wychodziłam z pieskiem na zewnątrz.

 

Pisząc o wychodzeniu z psem, muszę też dodać, że to, co zawsze kojarzyło mi się z nieprzyjemnym obowiązkiem, czyli wychodzeniem codziennie rano i wieczorem, stało się przyjemnością.

 

No, może jednak wciąż muszę przyzwyczaić się do wychodzenia rano ;-), ale za to te wieczory… o 21:30 można wyjść samemu lub umówić się z sąsiadką, z kimś, kto też ma pieska, żeby psiaki się ze sobą pobawiły… W 90% te wyjścia były bez telefonu – tylko pies i ja. Zdałam sobie sprawę, ze ten pies wymusza we mnie takie rzeczy, które bardzo lubię, ale które musiałam zawsze sobie mocno zaplanować w moim uporządkowanym życiu – medytacja, spacer – a teraz zdałam sobie sprawę, że pies planuje mi taką medytację w ruchu sam. I jestem z tego powodu przeszczęśliwa.

 

Odkryłam też, że nawet mały deszczyk mi nie przeszkadza (o ile później nie mam nagrań lub spotkania ;-)) i ten deszcz… sprawia mi ogromną frajdę, trochę lubię moknąć! Zaczęłam zwracać uwagę na to, że czasem przyjemnie jest zmoknąć, szczególnie jeśli to deszcz po upalnym dniu.

 

W końcu doszliśmy do takiego rytmu dnia, że poranne wyjście z Molcią odbywało się podczas zaprowadzania dzieci do przedszkola, a wieczorne to czas na wyciszający spacer dla mnie, a jeśli jestem z dziećmi sama – wciąż mieliśmy do dyspozycji nasz niewielki ogródek, gdzie piesek mógł sobie pochodzić lub pobawić się z chłopcami, podczas gdy ja mogłam posprzątać w domu.

 

Codziennie po pracy zaczęliśmy chodzić obowiązkowo na dalekie spacery z psem. I to szczęście, jakiego doznaliśmy podczas tych długich spacerów, było niezwykle budujące dla całej naszej rodziny. Wiadomo, powinniśmy chodzić na długie spacery także bez psa, ale nie ukrywajmy, że częściej masa rzeczy, które trzeba zrobić w domu i w pracy przegrywa z długim spacerem. Dzięki jednak obecności Molci znaleźliśmy na to czas, bo musieliśmy – bez dyskusji. I okazało się, że się da. Te spacery były dla nas wspaniałym przeżyciem. I każdego dnia jak odbieraliśmy chłopców z przedszkola już nas witali pytanie – to co, będzie spacer?

 

Zdałam sobie sprawę, że ten piesek był jak jakiś… brakujący element naszej rodziny. Coś, czego ja się totalnie nie spodziewałam. Do tego stopnia, że gdy w niedzielę moja siostra przyjechała odebrać pieska, to… popłakałam się za nim. Czułam pustkę – uzmysłowiłam sobie, że to właśnie tego brakowało w naszym życiu. Gdy kilka dni później Ania potrzebowała pomocy przy Molci, bo miała inne obowiązki, od razu zaoferowałam swoją pomoc i wzięliśmy pieska na kolejny tydzień.

 

I znów był to niezwykły czas i zdaliśmy sobie sprawę, że… czas poszukać dla nas pieska.

 

Mam nadzieję, że mamy wszystkie warunki do tego, żeby móc mieć pieska. I po tym czasie spędzonym z Molcią sądzę, że tak jest. Nawet gdy wychodzimy do biura, wyjeżdżamy na weekend, a nasze dzieci muszą zostać w domu, to zawsze mają opiekę. Już więc rozmawialiśmy z moją mamą, z naszą nianią, moją siostrą czy przyjaciółką i każdy z nich zaoferował się do pomocy, gdy będzie taka potrzeba.

 

Sądzę, że gdyby nie to, że wszyscy widzieli, jak opiekowaliśmy się Molcią i jak dużo radości nam to sprawiło, pewnie słysząc o pomyśle posiadania psa, uznaliby to za jakąś fanaberię, na którą na pewno nie będziemy mieć czasu, zabawkę, która nam się za chwilę znudzi. Moja mama nigdy nie była fanką psów i zawsze mówiła, że to obowiązek, który sobie wezmę na głowę, że nie mamy na to czasu – gdy moja siostra kupowała psa, było to samo. Gdy jednak zobaczyła, ile radości sprawia mi obecność Molci w domu, sama powiedziała, że chyba powinnam mieć psa, bo tak dobrze na mnie, na nas wpływa – wprost nie byłam w stanie w to uwierzyć.

 

Byłam zaskoczona, jak bardzo obecność Molci w naszym życiu zmieniła mi w głowie, jak bardzo otworzyła mojego zdystansowanego do zwierzaków Męża i moje nieprzyzwyczajone do piesków dzieci.

 

I tutaj świetnie działa ten cytat, że „Co myślisz – to tworzysz, co tworzysz – tym się stajesz”. Gdy myślisz, że jesteś szczęśliwa i jesteś za to wdzięczna, to to tworzysz – widzisz więcej rzeczy, za które możesz być wdzięczna i to sprawia, że jesteś szczęśliwsza. A tworząc wdzięczność – stajesz się tą wdzięcznością.

 

Decyzja o piesku była czymś, co wypłynęło ze mnie… i spotkało się z akceptacją całej rodziny, często jeszcze zanim im o naszych planach powiedziałam. W życiu od lat doceniam moją intuicję i dość mocno jej ufam.

 

Tak naprawdę najlepsze rzeczy zrobiłam pod wpływem silnych emocji powiązanych z podpowiedzią mojej intuicji – i nie emocji nieprzyjemnych, trudnych, pełnych złości i żalu, ale emocji tych przyjemnych – z pewnością napiszę o tym osobny post, bo być może i Ciebie zainspiruję do takiej podróży wgłąb siebie.

 

Stworzyliśmy listę cech, które powinien posiadać pies, żeby idealnie pasował do naszej rodziny, o czym przygotuję osobny post. Mam nadzieję, że będziesz mi towarzyszyć w tej podróży – sama jestem ciekawa, czy będziemy mieli nowego członka rodziny na czterech łapach, czy jednak nie.

 

Może masz jakieś wskazówki dla mnie, co kierowało Tobą przy wyborze psa? Albo dlaczego nie zdecydowałaś się na psa? A może jak długo minęło u Ciebie od podjęcia decyzji do wzięcia psa? Koniecznie daj mi znać.

 

Daj mi też znać, czy wcześniej miałaś okazję spróbować – tak jak my – jak się żyje z psem? Czy może przyjęłaś psa pod swój dom i jednak żałowałaś tej decyzji?

 

Będę wdzięczna jeśli mi pomożesz i opowiesz, jak jest u Was – czy macie dzieci, jak sobie radzicie w trudnych chwilach i dlaczego zapadła u Was taka decyzja, a nie inna.

 

Jaka jest Twoja historia?

 

Ściskam

Agnieszka

Subscribe
Powiadom o
guest
23 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments