Medytacja dla początkujących

Czy wiesz, że współcześnie każdy z nas przyswaja dziennie aż 34 gigabajty informacji? Edward Hallowell, nowojorski psychiatra, dzięki swoim badaniom dokonał przerażającego (według mnie) odkrycia.

 

Czy wiesz, że w ciągu miesiąca przetwarzamy tyle informacji, ile nasi dziadkowie w ciągu całego życia?

 

Telewizja, radio, ciągłe powiadomienia na telefonie, kanały social media, maile, komunikatory, listy, a nawet bilbordy, ulotki, etykiety produktów, metek, książki, ebooki, podcasty, ale także szum, w jakim pracujemy, spacerujemy czy mieszkamy… a przede wszystkim wszyscy, których lubimy i kochamy, nasza codzienność… długo mogłabym wymieniać, skąd napływają do nas komunikaty, które niestety coraz częściej sprawiają, że jesteśmy nimi najzwyczajniej przeciążeni.

 

Nie wiem, jak Twój, ale ja od dawna czuję, że mój mózg, mój układ nerwowy zwyczajnie nie jest na to gotowy, a ilość bodźców, jakie codziennie odbieram, jest dla mnie zbyt duża.

 

Jak odczuwam przeciążenie?

 

Problemy z koncentracją, nerwowość, smutek, pomieszanie, zaburzenie poczucia własnej wartości, a nawet lęk…

Te uczucia coraz dłużej, a nawet bez ustanku odczuwane coraz częściej doprowadzają nas do desperacji czy nerwicy.

Niestety sama poczułam, o czym mówię i dokładnie pamiętam, jak pod koniec 2018 roku „przegrzał” mi się układ nerwowy, choć jeszcze nie zdawałam sobie sprawy dlaczego.

 

Wyjątkowo mocno poczułam, że muszę się „wyłączyć”, aby nie oszaleć, aby być dla swoich Dzieci Mamą, oparciem, śmiechem i pomocą. Aby ramię w ramię prowadzić z mężem dom i nasze firmy, aby być dobrym szefem, współpracownikiem i mentorem.

 

Oczywiście „wyłączyć się” napisałam w cudzysłowie, gdyż jako Mama i właścicielka oraz współwłaścicielka firm nie mogę tak po prostu „wypisać” się z życia, przynajmniej nie na długo.

 

Na szczęście moi bliscy widzieli, co się ze mną dzieje i gdy powiedziałam im, że od dawna marzę o odosobnieniu… Mama z mężem podzielili między sobą plan działania i opiekę nad domem i dziećmi tak, że umożliwili mi wyjazd na 6 dni.

 

Czym było odosobnienie?

 

Laptop i mój telefon zostawiłam Wojtkowi, a sama wyjęłam kartę SIM z domowego alarmu, wzięłam stary sformatowany telefon komórkowy i wyjechałam na zorganizowane odosobnienie.

 

Nie muszę Ci mówić, że szybko zobaczyłam, jak bardzo jestem uzależniona dziś od technologii, gdyż szybko okazało się, ze bez Internetu nie mogłam nawet dojechać na miejsce – nie miałam w telefonie innej niż online mapy z GPS-em. Podobnie jak Yanosika, czyli aplikacji, która ostrzega nas o zagrożeniach na drodze… do której zresztą zapomniałam hasła, a aby je odzyskać musiałam zalogować się na swoją pocztę mailową… Śmiałam się sama do siebie z tej kuriozalnej sytuacji, że nawet na odosobnienie nie mogę bez tych aplikacji i „internetów” wyjechać.

 

Czego oczekiwałam od odosobnienia?

 

Wyjechałam z jakąś nadzieją, że takich 6 dni pracy nad sobą w warunkach zorganizowanego odosobnienia jakoś cudownie mnie uzdrowi na długi, długi czas… mój układ nerwowy odpocznie, a ja… oczywiście wrócę do poprzedniego życia pełna sił i motywacji.

 

Co dostałam na odosobnieniu?

 

Dostałam o wiele więcej, niż się spodziewałam, ale było to coś zupełnie innego niż oczekiwałam. Oprócz solidnej – i często trudnej – pracy nad sobą otrzymałam narzędzia, jakimi są medytacja i relaksacja.

 

Pamiętam pierwsze dwa wieczory, gdy już podczas drugiej relaksacji czułam się odprężona jak chyba nigdy wcześniej w życiu…

 

Pamiętam, jak w medytacji w ruchu bez poczucia zmęczenia ćwiczyłam po półtorej godziny dziennie… bez przerwy… w tym samym czasie w domu mając problem wejść szybko na drugie piętro bez zadyszki.

 

Pamiętam, jak trzeciego dnia podczas czasu wolnego postanowiłam pierwszy raz – sam na sam – sprawdzić, „czy ta relaksacja naprawdę działa, czy to jakieś czary” i umiem poddać się jej sama, bez prowadzenia przez nauczyciela.

 

Udałam się sama do swojego pokoju i stała się magia! Leżąc na łóżku, z nogami opartymi pod kątem prostym o drewniany parapet (nie pytaj mnie skąd taka pozycja), pozwalałam moim myślom i uczuciom przepływać, nie oceniając ich…

 

Z dala od osób, które kocham nad życie, w sercu lasu, trzeci dzień w tym samym dresie, bez jakichkolwiek atrybutów sukcesu naszych czasów, nikomu nieznana i anonimowa… czułam się szczęśliwa jak rzadko kiedy w życiu.

 

Bez żadnych wiadomości ze świata zewnętrznego (poza krótkim smsem lub dwiema minutami rozmowy z dziećmi – dla ich i mojego spokoju), bez radia, maila, książki, gazety, Instagramu czy Facebooka…. Ukoiłam siebie.

 

Leżałam tak wtedy na tym łóżku, z uśmiechem od ucha do ucha, myśląc: „Boże, jestem szczęśliwa!” A najważniejsze jest to, że to szczęście dałam sama sobie, więc mogłam też zabrać tę praktykę ze sobą jako narzędzie, które pozwoli mi odprężyć się, poczuć się tak zrelaksowaną w domu, w pracy – i gdziekolwiek indziej będę.

 

Pełna świadomości, że oczywiście to praktyka czyni mistrza i nic samo się nie zrobi, jednocześnie zachwycona efektami pierwszej autoprowadzonej relaksacji wiedziałam, że nic już w moim życiu nie będzie takie samo.

 

Wiedziałam, że po powrocie do domu ani nie będę w stanie, ani nie będę chciała odciąć się od świata, w którym żyję – od bodźców, od dzieci i ich (za) szybko rozwijającego się świata, od swoich biznesów, które dają nam radość i przetrwanie, ale wiedziałam też, że jak najczęściej chcę dawać sobie odpoczynek od tych bodźców – nie tylko podczas relaksacji czy medytacji. Aby na tyle często dawać sobie wolność od bodźców, by później móc w pełni ich doświadczać. A to wszystko bez przytłoczenia nimi.

 

Wiedziałam, że chcę zmiany globalnej – ćwiczyć na co dzień medytujący umysł – czyli taki, który coraz mniej zależny jest od tego, co nas spotyka, a coraz bardziej od tego, co myślimy o tym, co nas spotyka. Taki, który potrafi nie dać się bombardującym nas bodźcom, od których, żyjąc we współczesnym świecie, nie ucieknę… chyba, że zostanę pustelnikiem, a tego najbardziej nie chcę!

 

Wiedziałam, że chcę też wprowadzić nowe rytuały do mojego domu i miejsca pracy, a jeśli jesteś tu ze mną dłużej to wiesz, że po kilkunastu latach posiadania siedziby firmy w centrum Gdyni, co wtedy napawało mnie dumą, przeniosłam się na ciche i spokojne przedmieścia – i teraz dopiero poczułam się u siebie!

 

Czego próbowałam?


Nauczyłam się medytować w ruchu, w pozycji medytacyjnej i na leżąco. Nauczyłam się relaksacji, którą kocham i uwielbiam. Ukończyłam Kurs Mindfulness-Based Stress Reduction – program medyczny i psycho-edukacyjny, który choć nie pochłonął mnie tak jak relaksacja, gdyż dawał mi dużo wolniejsze efekty, to wracam do tych nauk, z ciekawością czekając na te długofalowe.

 

Zrozumiałam, że moja uwaga i mój czas to najważniejsza waluta w moim życiu i postanowiłam zacząć tutaj oszczędzać.

 

Medytowałam z wizualizacją i bez… ale zawsze z jednym celem – by zredukować ilość docierających do mnie bodźców, zredukować myśli i emocje. Aby wyciszyć się, poprawić swoją koncentrację, poznać siebie lepiej, a tym samym doznawać w codziennym życiu więcej spokoju i mniej stresu.

 

Oszczędzać uwagę, czyli co właściwie?

 

Po pierwsze redukować bodźce, jakie do siebie dopuszczam.

 

Po drugie wyciszać się.

 

Po trzecie wykształcić w sobie medytujący umysł.

 

 

Medytujący umysł, czyli właściwie jaki?

 

Medytujący umysł postrzegam dziś jako:

 

Skupiony – na tym, co właśnie robi. Na jednym zadaniu. Lata temu wmówiono nam, że jesteśmy wielowątkowi, mamy świetną podzielność uwagi… a prawda jest taka, że osiągamy to tylko pozornie poprzez przełączanie uwagi z bodźca na bodziec… z myśli na myśl, skacząc z czynności na czynność… i na te skoki tracimy energię, cierpi nasza koncentracja.

 

Jednowątkowy – staram się robić jedną rzecz jednocześnie.

 

Zorganizowany – spisuję zadania na liście, które dzielę tematycznie i pracuję w blokach podobnych zadań, aby jak najmniej zmieniać rodzaj koncentracji.

 

Tu i teraz – a nie 20 lat temu we wspomnieniach na randce z facetem, który mnie nie chciał… ani za rok w marzeniach, na wakacjach na Bali, na które być może nigdy nie pojadę.

 

Uważny – czyli jak jem zupę, chcę w pełni skupić się na jej smaku, a nie na słuchaniu podcastów. Gdy pracuję, nie słucham wiadomości ani kursów online, ale chętnie zaproszę do siebie zapach palo santo czy dźwięki natury albo instrumentów w oddali, aby przywołać uspokojenie, z jakimi mi się kojarzą, a gdy jestem z mężem w łóżku, to nie myślę o tym, że jeszcze muszę skończyć ofertę dla Klienta. A przynajmniej staram się chłonąć życie i każdą chwilę, rozbudzając swoje zmysły.

 

Bo wszystko, co w życiu odczuwamy, dzieje się tu i teraz. Nie możemy przytulić się do byłego partnera, poczuć jego ciepła, tak samo nie możemy wziąć w ramiona dziecka, na które od lat czekamy…

 

Nie zrozum mnie źle…

To wszystko nie znaczy, że nie lubię powspominać i pośmiać się…

Na przykład z naszych zaręczyn – czy wiesz, że Wojtek oświadczył mi się w środku nocy na Westerplatte?

Tak, w miejscu wybuchu II wojny światowej, zapraszając na spacer w ciemnościach… wiesz, taki z duchami…

Jak się domyślasz, nigdzie nie poszłam, więc musiał oświadczyć mi się w samochodzie. Upiekło mu się klękanie i śmiejemy się z tego od kilkunastu lat, że tak specjalnie to zaplanował.

 

…ani, że nie snuć planów na przyszłość…

 

ale staram się poświęcać na to zaledwie tylko kilka % mojego czasu… by jak najwięcej czasu przebywać TU i TERAZ.

 

To tu i teraz możemy otworzyć okno i poczuć przyjemny wiatr na ciele i we włosach, puścić przyjemną, spokojną muzykę lub słuchać dźwięków natury, zapalić ukochaną świeczkę w glinianym naczyniu i poczuć jej ciepło i zapach. Albo wziąć przyjaciółkę i pójść na spacer w deszczu… a zamiast za telefon złapać męża za rękę.

 

 

W jutrzejszym poście opowiem Ci o moich trzech sposobach relaksacji na sen i dam Ci kilka wskazówek, jak zacząć medytację z płomieniem świecy, skorzystać z gotowej medytacji prowadzonej i zażyć odstresowującej kąpieli.

 

A może chcesz mnie o coś zapytać?

Subscribe
Powiadom o
guest
15 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments