Jak znalazłam w sobie siłę i motywację do odchudzania?

W 2017 roku postanowiłam zawalczyć o siebie, zmotywować się i przede wszystkim wytrwać w swoich postanowieniach, aby wrócić do formy, w jakiej czułam się po prostu sobą. Dziś dzielę się z Tobą moją bardzo osobistą historią o tym, jak schudłam 20 kilo w 40 tygodni i w końcu widzę w lustrze siebie, a nie kogoś innego.

 

Jeśli podobnie jak ja kiedyś chcesz zmotywować się do odchudzania, zanim zaczniesz czytać ten post zrób pierwszy krok – przynieś i połóż pod ręką kartkę i coś do pisania. Proszę. Podziękujesz sobie za to.

 

Moja historia odchudzania

Znalezienie w sobie siły do odchudzania, choć w zasadzie do wytrwania w tym postanowieniu, zajęło mi jakieś… 7 lat… lekko licząc. Jako dziewczynka nigdy nie miałam problemów z wagą, ale wszytko zmieniło się, gdy poszłam do liceum. Wciąż nie byłam gruba, ale na swoją dietę musiałam uważać dużo bardziej niż koleżanki.

 

Choć tak naprawdę powinnam powiedzieć, że od tamtego czasu rządziły mną dwie skrajności: albo byłam na bardzo restrykcyjnej diecie (zaliczyłam też niejedną głodówkę czy w czasie studiów dietę batonowo-proszkową), albo żyłam chwilą, zupełnie nie przejmując się tym, co wrzucam do żołądka.

 

Pierwszy raz przestałam czuć się ze sobą dobrze na studiach, gdy okresy niedbania o siebie zdecydowanie przeważały nad tymi, gdy odżywiałam się z troską  – w zasadzie ciężko powiedzieć, żeby restrykcyjna dieta była troską o siebie – to była troska tylko i wyłącznie o mój wygląd, mająca jeden cel – zgubić jak najszybciej jak najwięcej kilogramów.

 

Nie trudno jest Ci się na pewno domyśleć, że po restrykcyjnej diecie, gdy przechodziłam do dość swobodnego, studenckiego trybu życia, a później życia młodej, zapracowanej businesswoman, kończyło się to efektem jojo i wymagało przejścia na jeszcze bardziej restrykcyjną dietę.

 

Jak wyglądał mój dzień? Dużo nauki, coraz więcej pracy – stworzyłam swoją wymarzoną firmę i poświęcałam jej każdą wolną chwilę. Do dziś wspominam telefony od klientów odbierane w uczelnianej toalecie – tam było najciszej. Moimi miernikami sukcesu były dobre oceny (stypendium naukowe wspaniale zasilało mój studencki budżet młodego przedsiębiorcy) i przepracowane godziny, zadowoleni Klienci. Wtedy moją dewizą życiową stało się hasło: WORK HARD, PLAY HARD. Ani w słowie “work” ani “hard” nie mieściły się regularne posiłki, zdrowe zakupy i codzienne gotowanie. Parówki i bułka były świetnym i szybkim lunchem (byłam zachwycona ideą pojedynczo pakowanych parówek), a w chwilach większej troski o zdrowie… same parówki, aby ograniczyć węglowodany. Sama łapię się za głowę, pisząc to dzisiaj.

 

Najgłupszą dietą, na jaką się wtedy skusiłam, poza kopenhaską, na której wytrzymałam półtorej dnia, była dieta Dukana. Co więcej, w wieku 25 lat zachorowałam na trądzik, który zaatakował cały mój dekolt i plecy, twarz – szczęście w nieszczęściu w niewielkim stopniu – a jego leczenie było bardzo trudne i trwało prawie 2 lata. Zupełnie nie połączyłam tego ze zmianą stylu odżywiania i tego, że 90% mojego jadłospisu stanowił nabiał (na uczelni, w biurze czy w samochodzie oprócz parówek najłatwiej było mi zjeść serek wiejski z pomidorkami koktajlowymi, jadłam ich nawet po kilka dziennie), a jak się kilka lat później okazało – nie toleruję dobrze nabiału – tak samo jak moje dzieci!

 

Kolejnym moim dietetycznym hitem była Dieta Cambridge (czyli z cyklu VLCD – Very Low Calorie Diet), która bazowała na sztucznych batonach i sproszkowanych koktajlach, których zjadało się dziennie na 2-3 posiłki (o ile batona czy koktajl można nazwać posiłkiem) i nie wyrabiała absolutnie żadnych dobrych nawyków. Pozwalała mi nie dbać o siebie zupełnie, aby później zacisnąć pasa na tydzień czy dwa i znów czuć się dobrze w jeansach. Oczywiście po jej odstawieniu wracałam do śmieciowego jedzenia, a przygotowanie do przejścia na zdrowy tryb życia było zerowe.

 

Zaliczyłam też etap pracy z dietetykiem, w pierwszej chwili mój wiek metaboliczny o 10 lat wyższy niż w rzeczywistości zrobił na mnie wrażenie, ale nie zmotywował mnie na tyle, aby stosować się do tych wszystkich zaleceń. Nie zdałam sobie wtedy jeszcze sprawy z tego, że motywacja finansowa – aby pieniądze wydane na dietetyka nie były wydane na marne – to kiepski fundament nowego trybu życia. Z porad zrezygnowałam, gdy okazało się, że nie umiem się do nich zastosować, a chodzenie na kolejne pomiary i dowiadywanie się, ile przytyłam, to naprawdę była strata pieniędzy i czasu nas obu.

 

W tamtym czasie motywowały mnie tylko i wyłącznie diety dające szybkie efekty, byłam młoda i wszystko chciałam mieć na już. Nawet myślenie o dłuższej niż kilka tygodni diecie smuciło mnie tak, że w ogóle nie chciało mi się do niej podchodzić. Kilkumiesięczny horyzont czasowy całkowicie mnie przerażał, a powolne efekty w ogóle nie motywowały do podjęcia starań.

 

Chwilę po studiach, gdy miałam jakieś 25 lat i byłam świeżo po ślubie, w swoim ciele czułam się tak źle, że wciąż wracałam do szybkich i sprawdzonych diet, powtarzając sobie: jeszcze tylko ten jeden raz postawię wszystko na jedną kartę, wydam oszczędności na batony i koktajle, schudnę do ulubionego rozmiaru i już mnie to tak zmotywuje, że jakoś dam radę jeść mniej i to utrzymać.

 

Niestety, każda kolejna dieta kończyła się coraz większym efektem jojo, który zaowocował 20 dodatkowymi kilogramami!

 

Mam 162 centymetry wzrostu, a waga, w której bardzo siebie lubiłam, którą utrzymywałam mniej więcej do 22 roku życia, to 48 kilo i rozmiar 34. Czułam się wtedy po prostu dobrze, komfortowo, atrakcyjnie i zdrowo.

 

W 8 lat przytyłam 20 kilo i zaczęłam nosić rozmiar 42 przy wzroście 162 cm. A przecież to tylko 2,5 kilo rocznie! 200 g miesięcznie! Kto by zauważył? Kto by się martwił! Ale w 8 lat te niby nic sprawiło, że w lustrze przestałam widzieć siebie.

 

Te średnie 200 g miesięcznie i ciągłe chodzenie na dietę było dla mnie tak złudne, że ja absolutnie nie czułam się na rozmiar 42. Nie widziałam tego w lustrze, wciąż czułam się tą szczupłą dziewczyną w rozmiarze 34, dopóki nie przyszło mi pójść na zakupy, przejrzeć się niespodziewanie w witrynie sklepowej, spróbować kupić strój kąpielowy (aby wyjść bez stroju, za to z płaczem), czy spojrzeć na siebie na zdjęciach.

 

To naprawdę ja? Czy ugryzła mnie pszczoła? Czy może ktoś napompował mnie tłuszczykiem?

 

Dokładnie 100 kostkami smalcu. Tym właśnie było moje 20 kilo nadwagi. Dosłownie coś takiego sama wrzuciłam sobie “na plecy” – celowo napisałam to w cudzysłowie, bo zafundowałam taki bagaż i taką truciznę swoim narządom, swojej twarzy, rękom, nogom, talii… każdej części swojego ciała.

 

Co się stało, że w końcu zawalczyłam o siebie?

 

Pierwszy raz zawalczyłam o siebie po poronieniu. Gdy jeszcze nie wiedziałam, że choruję na trombofilię, niedomogę lutelną i za wysoki poziom komórek NK, postawiłam na zmianę trybu życia i zanim udało mi się szczęśliwie zajść w ciążę, zaczęłam pracę nad zmianą nawyków, które sprawiły, że z uwagi na lęk o dziecko, przez całą ciążę pięknie się trzymałam i przytyłam tylko 8 kilo, które dość szybko po ciąży zgubiłam.

 

Ale to nie jest początek mojej prawdziwej walki o siebie – wtedy moją bezwzględną motywacją było dziecko, motywacja zewnętrzna, czyli nienajlepsza forma motywacja do walki o siebie. Oczywiście, po narodzinach Synka starałam się komponować zdrowe posiłki dla całej rodziny, ale szybko okazało się, że Mikołaj jest silnym alergikiem i musiałam i tak prowadzić dwie osobne kuchnie. Jak możesz się domyśleć, byłam tylko o krok od powrotu do starych nawyków. Co prawda nie wróciłam już do destrukcyjnych diet cud, ale zdrowe nawyki traciły na sile, a ja znów regularnie zmieniałam spodnie na większy rozmiar.

 

Starania o drugie dziecko, jak się domyślasz, znów sprawiły, że łatwiej było mi wrócić na właściwą ścieżkę zdrowia, ale, jak wiesz, to nie była dobra motywacja.

 

Natomiast już wtedy, jeszcze przed narodzinami Maksia, postanowiłam drugi raz nie zepsuć tego wszystkiego i nie pozwolić na to, aby wraz z urodzeniem Dziecka odpuścić walkę o siebie – choć tak naprawdę nigdy jej nie zacząć.

 

Jak znalazłam motywację do odchudzania?

 

Spisałam sobie – brutalnie szczerze – co tracę, ważąc 68 kilo zamiast 48, nosząc przy wzroście 162 rozmiar 42, zamiast 34. Podzielę się z Tobą częścią z moich zapisków.

Te najbardziej intymne i bolesne zachowam dla siebie.

 

Codziennie tracę:

  • poczucie własnej wartości,
  • poczucie pewności siebie, zarówno w relacjach osobistych, jak i zawodowych,
  • poczucie sprawczości – skoro nie umiem zapanować nad tym, co jem i jak wyglądam, to jak mam uwierzyć w to, że panuję nad całym swoim życiem,
  • poczucie siły – skoro każdego dnia przegrywam z wagą i spodniami,
  • zdjęcia – bo nie chcę ich sobie robić nawet z mężem czy rodziną, a tych, które mam, nie lubię oglądać,
  • wakacje, bo nie lubię na nie jeździć i przejmować się, że wstydzę się rozebrać na plaży, a na pewno wrócę z dodatkowymi kilogramami i będzie tylko gorzej,
  • aktywność – bo wstydzę się braku kondycji i swojego wyglądu na siłowni,
  • piękną garderobę, gdyż w rozmiarze 42 muszę nosić mało atrakcyjne fasony, aby dobrze wyglądać, a koronki, falbanki i obcisłe sweterki tylko mnie pogrubiają i podkreślają to, co chcę ukryć.

 

Teraz Ty weź kartkę i zapisz sobie na niej pytanie:

 

Co tracę dziś ważąc/nosząc rozmiar……
zamiast upragnionych/upragnionego…….. .

 

Ważne: Być może chorujesz na coś, przyjmujesz leki, które uniemożliwiają Ci osiągnięcie wagi, o której marzysz –  jestem pewna, że zdrowe nawyki i zdrowa dieta są Ci jeszcze bardziej potrzebne i tym bardziej powinnaś napisać, dlaczego chcesz wyruszyć w kierunku upragnionej wagi, choć trudno jest przewidzieć, kiedy i czy tam dotrzesz.

 

Bardzo proszę Cię o to, abyś zrobiła to dziś, choć w Twojej głowie jest mnóstwo wymówek w stylu: nie mam pod ręką kartki i długopisu, nie chcę się od dziś odchudzać, muszę się przygotować do diety, zacznę, ale zacznę od poniedziałku, zrobię to w głowie, też wystarczy…

 

Dlaczego musisz zrobić to dziś?

Nie dla mnie, ale dla siebie! Dlaczego nie powinnaś czekać do jutra? Poniedziałku albo nowego miesiąca?

 

Po pierwsze dlatego, że już dziś musisz wiedzieć, po co masz wkładać tyle pracy i wysiłku w odchudzanie i zmianę nawyków, dlaczego w ogóle masz zrobić pierwszy krok?

 

Nawet jeśli podejmowałam próbę zrzucenia kilogramów, bez silnej, wewnętrznej motywacji szybko – przez ponad 10 lat – wracałam do poprzednich nawyków, które mi nie służyły i znów wracałam do poprzedniej wagi. A nawet byłam na plusie.

 

Skąd wiem, że tamte nawyki mi nie służyły?

 

A jak te nawyki niby miały mi służyć, skoro spisałam sobie wielką listę rzeczy, które tracę?

 

Aby dojść do tego momentu w tekście poświęciłaś już 5 minut, dlatego jeśli Twoją wymówką ma być brak czasu dziś, nie czytaj tekstu dalej – wróć do niego jutro, a teraz zamknij oczy i odpowiedz sobie na pytanie, co tracisz każdego dnia…

 

Zrobiłaś listę.

Być może jesteś teraz smutna, zła i rozżalona, więc teraz przyjemniejsza część zadania na dziś.

 

Odpowiedz sobie na piśmie na pytanie:

 

Co zyskam, gdy osiągnę upragnioną wagę albo będę się do niej zbliżać? Jak się będę wtedy czuła?

 

Napisałam sobie wtedy:

  • będę pewniejsza siebie,
  • będę ładniejsza (bez drugiej brody na pewno),
  • będę czuła się lekko – ah, jakie to musi być przyjemne!
  • będę wzorem zdrowia dla swoich dzieci,
  • nie będę się codziennie rano przejmowała co ubrać, aby zamaskować wałeczki,
  • nie będę rezygnowała z zakupów, bo i tak nic na mnie dobrze nie wygląda, ani kupowała tego, co i tak nie założę, bo czuję się źle,
  • będę chciała jeździć na wakacje,
  • będę chciała robić sobie zdjęcia z mężem,
  • będę bardziej wysportowana,
  • będę zdrowsza,
  • kupię sobie te wymarzone sukienki i nie będą mi wystawały wałeczki,
  • będę SZCZĘŚLIWSZA.

 

Ale zacznę od poniedziałku…

I możesz mi nie wierzyć, ale zdałam sobie sprawę, że odkładanie zdrowego odżywiania na “od poniedziałku” było moim największym przeciwnikiem w powrocie do dawnej siebie.

 

Zbyt restrykcyjne wymagania i oczekiwanie zera odstępstw od zakładanych nowych nawyków żywieniowych sprawiały, że po pierwsze, weekend przed dietą nieźle sobie folgowałam – w końcu szłam na dietę i miałam skończyć ze wszystkim, co pyszne i niezdrowe, wszystko teraz miało być zakazane! Nasze weekendy, zwane przeze mnie i mojego męża Wojtka “pożegnaniem”, podczas których pozwalaliśmy sobie na wszystkie dietetyczne grzechy świata, w połączeniu z gigantycznymi listami zakazów i nakazów “od poniedziałku” sprawiały, że przed pójściem na dietę dodatkowo się “tuczyłam”, a na dietę szłam ociężała, by na tej nowej super hiper diecie wytrzymać może 3 dni. Dlaczego? Nakładałam na siebie takie restrykcje, że trudno było mi się ich trzymać, a każde odstępstwo traktowałam jak poddanie się. Wtedy następowała czarna rozpacz, spadek motywacji do zera i myślenie – znów mi się nie udało wytrzymać, nigdy mi się nie uda.

 

Pamiętam hit, jaki wtedy wymyśliłam, a właściwie usłyszałam w telewizji śniadaniowej: skoro nie mogę być szczupła, nie mogę (tu czytałam listę tego, czego nigdy nie zyskam, jak schudnę, skoro nigdy nie schudnę) – to chociaż będę smacznie i dużo jadła i chociaż w tym temacie będę szczęśliwa!

 

Zwykle szybko się z tego podnosiłam, składając sobie obietnicę, że tym razem od poniedziałku dam radę! Widzisz to? Znów od poniedziałku, bo przecież najpierw muszę sobie te przyszłe trudy wynagrodzić! Muszę pożegnać się z moim życiem!!!!

 

Dopiero wtedy, gdy do listy tego, co tracę i co zyskam, gdy zawalczę o siebie dodałam walkę od DZIŚ, od TERAZ…

 

– kopię takiej listy włóż sobie do portfela i czytaj w każdej chwili słabości –

 

udało mi się schudnąć 20 kilo w 40 tygodni i znów kupić jeansy w rozmiarze 34.

 

Piękne uczucie, spełnione marzenie i spełniona lista… czułam się dokładnie tak, jak to sobie wyobraziłam, a może lepiej, bo nie spodziewałam się takiej reakcji otoczenia.

 

Absolutnie nie oznacza to, że nie upadałam, nie popełniałam gigantycznych grzechów, ale po prostu OD RAZU wstawałam, otrzepywałam kolana, poprawiałam koronę i szłam dalej – kto powiedział, że na rozpoczęcie diety trzeba czekać do poniedziałku? Zgrzeszyłam o 12, to dietę kontynuuję od 13! Wszystko po staremu! Nowe zasady i nawyki na posterunku!

 

Za każdym razem, gdy kusi mnie, aby dać sobie czas na rozpoczęcie diety, mówię sobie: tak, masz kwadransik kochana! I jedziesz dalej! Masz wybór tu i teraz, czy kupisz te spodnie w ulubionym rozmiarze czy nie! Każda decyzja, którą dziś podejmiesz, będzie Cię do tego celu albo przybliżała, albo oddalała. Odsuń przeszłość – zjadłaś kawałek ciasta na kawie z koleżanką – trudno, to się nie odstanie i już Ci więcej nie zaszkodzi, ale to, co zjesz teraz, za godzinę i dwie, ma realny wpływ na to, jak będziesz wyglądała jutro, za miesiąc i za rok!

 

Dlaczego małe cele okazały się lepsze od wielkich?

Okazały się osiągalne. A nic nie motywowało mnie tak, jak osiągnięcie celu i zafundowanie sobie nagrody – po drodze kupiłam sobie trzy przepiękne sukienki w rozmiarze 40, 38 i 36 – dziś to moje trofea i nie przeszkadza mi, że dziś ta w rozmiarze 40 jest za duża, bo przypomina mi o mojej zwycięskiej walce i uwielbiam ją zakładać, choć widać, że jest za duża. Nie czekałam na metę, nagradzałam się po drodze.

 

Fantastyczne też jest to, że choć cel jest odległy, efekty są widoczne już w trakcie – a mniej wałeczków i miłe słowa od otoczenia, które na pewno usłyszysz, będą tylko dodatkową motywacją.

 

Wiele razy też wystarczyło, że gdy wahałam się w restauracji, czy zamówić ulubioną pizzę czy niesmaczną (w tym lokalu) sałatkę, wystarczyło rzucenie okiem na portfel i przypomnienie sobie listy rzeczy, które zyskam (szybko nauczyłam się jej na pamięć) i uwierz mi – nawet niesmaczna sałatka bez sosu smakowała lepiej niż pizza, gdy wiedziałam, jak pięknie przybliża mnie ona do celu!

 

Silna motywacja potrafiła sprawić, że na urodzinach przyjaciółki zlizywałam tylko pasty z kanapek, bo miałam tak piękny wynik, że nie chciałam go psuć jedzeniem pieczywa na noc! Ta lista dodawała mi siłę, a koniec z zaczynaniem od poniedziałku i wiara w to, że każda, nawet najmniejsza decyzja przybliża lub oddala mnie od celu, dała mi siłę, aby wytrwać. Odzyskałam poczucie sprawczości i panowania nad swoim życiem.

 

Czy po osiągnięciu celu jestem wciąż na diecie? Nie, ale wciąż pracuję nad zdrowymi nawykami, które mi służą. Po zakończeniu okresu nastawionego na redukcję, w ramach zdrowych nawyków pozwalałam sobie jednak dużo częściej na odstępstwa. Regularne ważenie się (mam wagę, która pokazuje też udział procentowy wody i tłuszczy w organizmie) czy po prostu guzik w ulubionych spodniach najlepiej obrazują, czy za bardzo nie odbiegłam od swojej wymarzonej wagi i czy nie powinnam znów nieco bardziej skoncentrować się na trzymaniu zdrowych nawyków.

 

Nie da się ukryć, dietę redukcyjną zakończyłam już roku temu i absolutnie bałam się odpowiadać na Wasze liczne pytania i prośby o opowiedzenie o mojej przemianie. Mówiłam, że nie jestem gotowa i to była prawda, za którą stał lęk i obawa, że moja przemiana będzie chwilowa, a ja tym razem przytyję 30 kilo i tak mi już zostanie.

 

Dziś wiem, że odkąd poszłam na dietę – ostatecznie zaczynałam z poziomu 70 kilo i schudłam do 50 kilo, moja waga waha się pomiędzy 50 a 52 kilo i ten poziom jest dla mnie absolutnie w porządku. Gdy waga podchodzi powyżej 52 kilo, ograniczam sobie odstępstwa od zdrowej diety do minimum i wszystko znów wraca do normy.

 

Nauczyłam się, że odchudzanie to nie jest jednorazowa akcja, a myślenie o odchudzaniu zastąpiłam w swojej głowie myśleniem o zdrowiu i zdrowym odżywianiu.

Niestety, ale jeśli przestaję dbać o zdrowe nawyki, dawna waga wraca. Zdałam sobie sprawę, że ze zdobytych podczas odchudzania wiedzy i umiejętności będę chciała korzystać już do końca życia, aby waga, w której czuję się zdrowo i lekko, pozostała. Abym mogła być i czuć się sobą.

 

Zdrowe nawyki… ale jakie?

 

Cieszę się też, że wspieram też swoje zdrowie, zamieniając niemal na stałe jasne pieczywo głębokomrożone z piekarni na pieczone w domu pieczywo orkiszowe, zamieniając jasne makarony na ciemne oraz kasze, soczewice i inne pełnowartościowe produkty, czy cukier na daktyle lub ksylitol. Oczywiście – nie daję się zwariować – i zarówno w okresie redukcji (rzadziej), jak i poza nim (częściej) pozwalam sobie na pyszne grzeszki – czasami uwielbiam zjeść niezbyt zdrową białą ciepłą bułkę z głębokomrożonego pieczywa, które przyjechało kilka miesięcy temu z Węgier czy zamówię największy kawałek tortu bezowego z malinami – i od czasu do czasu sobie na to pozwalam, nie mając z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia! 90% zdrowia, 10% odstępstw!

 

A właśnie w moim życiu nadszedł taki czas – za nami grudzień, czas gotowania, pieczenia pierników i absolutnego rozpieszczania się także i u mnie, do tego smutny i leniwy styczeń, do którego dość niespodziewanie doszedł też zabieg medyczny u mnie, lęk i obawa, a nawet dni, gdy moim głównym zmartwieniem było to, jak znaleźć siłę, by pomimo złamanego serca wstać, pójść do pracy i zając się dziećmi, a z braku siły jedzenie schodziło na dalszy tor… Tak było, akceptuję to w pełni i czuję się spokojna, bo wiem, jak sobie z tym poradzę. Świadomie pozwalałam sobie sobie na te wszystkie odstępstwa bez wyrzutów sumienia, bo mam dziś już większe zaufanie do siebie – skoro udało mi się schudnąć 20 kilo i utrzymać je przez rok, to teraz nie boję się o to, jak uda mi się schudnąć te nadprogramowe, dwumiesięczne 4 kilogramy.

 

Pomyślałam, że to fantastyczna okazja do tego, abyśmy zaczęły pracę ze zdrowymi nawykami, dzięki którym zgubimy nadprogramowe kilogramy razem! 

 

Bez względu na to, jaki jest Twój cel, bo choć, jak wiesz, mój to dziś “tylko” 4 kilogramy, to jeśli osiągniemy go razem, zobaczysz, jak pomimo początkowych trudności pięknie to idzie!

 

4 kilo to nie jest też mój cel na jeden miesiąc, wolę wyznaczać sobie cele mniejsze niż 1 kg tygodniowo, aby częściej je realizować i motywować się dalej i więcej!

 

Myślisz sobie – ej, mniej niż kilogram tygodniowo? Nie chce mi się tak wolno chudnąć! Ale ja dziś wiem, że wolę wprowadzać zmiany powoli, na miarę swoich sił i możliwości gubić kilogramy w wersji slow (nie odwadniając się i nie spalając własnych mięśni zamiast tłuszczu), ale osiągnąć cel, niż porywać się z motyką na słońce, narzucić sobie nierealne oczekiwania i znów skończyć dietę po tygodniu, sfrustrowana, że się nie udało.

 

Pamiętaj, czas i tak upłynie! Tak jak moich 40 tygodni. Nie wierzysz? Przypomnij sobie dietę, na którą poszłaś rok temu, była taka? Czas i tak upłynął, bez względu na to, czy Ty wytrwałaś w diecie, czy nie. Pocieszę Cię też, że pierwsze kilogramy czy centymetry motywują ogromnie! A ja tańczyłam z radości już gdy straciłam pierwszy rozmiar! Więc to nie jest tak, że po drodze nic się nie dzieje, a nagroda czeka na Ciebie dopiero za wiele miesięcy.

 

Motywację (lista rzeczy, które tracimy i które zyskamy) już masz – spisałaś je dzisiaj na kartce, prawda?

 

Ja mam też rozpracowanego największego wroga, czyli wieczne odkładanie diety na “od jutra” czy “od poniedziałku”, więc jeśli tylko masz ochotę zacząć ze mną niemal od zaraz, to serdecznie Cię do tego zapraszam.

 

Zapisz się na na nasze wyzwanie “Nie czekam – działam!“, a za kilka dni – w poniedziałek 11 lutego 2019 podeślę Ci Kartę Motywacji i Realizacji Celu, która bardzo mi pomaga w osiąganiu stawianych sobie celów, a także świetnie diagnozuje moje błędy, pięknie odpowiadając na czasami pojawiające się pytanie – dlaczego dieta nie działa? Dlaczego znów się nie udało? Czy znów się nie uda? Czemu nawyki nie działają?

 

Podzielę się z Tobą moimi sprawdzonymi sposobami i założeniami, które pomogły mi zdrowo zgubić 20 kilo w 40 tygodni, ale karta motywacji i celu będzie uniwersalna – każda z nas wpisze tam swoje zdrowe nawyki i to je będzie wdrażała przez najbliższe 28 dni, bo być może masz już swoje sprawdzone sposoby na odchudzanie, które nie działają tylko dlatego, że brakowało Ci motywacji i systematyczności.

 

To co, podejmiesz ze mną 28 dniowe wyzwanie “Nie czekam – działam!” #nieczekamdzialam ?

 

Pamiętaj, to, jak będziemy czuły się za rok, będzie wynikiem naszych dzisiejszych decyzji.

 


Wciąż czujesz w sobie wewnętrzny opór przed podjęciem wyzwania? Podaj mi choć jeden powód, dla którego nie miałabyś zmienić już dziś tego, co doprowadziło Cię do sytuacji, w której sporządziłaś listę rzeczy, które codziennie tracisz?

 

Jeśli tak, to już dziś możesz dodać się do mojej grupy na Facebooku, gdzie będziemy dzieliły się zdrowymi nawykami, celami, przepisami i jadłospisami – z chęcią udostępnię Ci moje przykładowe jadłospisy, które ułożę z pomocą dietetyka.

 

PS Z uwagi na budowane w grupie relacje, do grupy przyjmuję tylko te osoby, które posiadają autentyczne profile na Facebooku – przynajmniej 50 znajomych, imię, nazwisko i zdjęcie profilowe. Wierzę, że to pozwoli nam zbudować solidne wsparcie, oparte na zaufaniu. A jeśli z jakiegoś obiektywnego powodu nie możesz mieć na Fb swojego zdjęcia (na przykład jesteś sędzią) napisz do mnie na poczta@agnieszkakudela.pl – postaram się zrobić dla Ciebie wyjątek 🙂

 

Zapisanie się do wyzwania jest równoznaczne z wpisaniem się na listę mailingową, z której można się w dowolnym momencie wypisać.

22 komentarze
Zostaw komentarz:

  • Joanna
    Odpowiedz
    7 lutego 2019

    Witaj, Dziękuje za ten wpis. Moją uwagę przykuł akapit o trądziku. Zastanawiam się, w jaki sposób, dermatolog zdiagnozował nietolerancje nadmiaru nabiału? Zlecił badania? Sama borykam sie z trądzikiem od lat. Wizyty u dermatologa zazwyczaj kończą sie jedynie przepisaniem albo drogiego kosmetyku albo serii Iwostin lub innego sieciowego dermokosmetyku. Czy pisałaś już może o pielęgnacji twarzy pod kątem trądziku? Bede wdzięczna za odpowiedz, Pozdrawiam, Asia

  • Ada
    Odpowiedz
    7 lutego 2019

    Tego mi było trzeba! Miałam wrażenie, że czytam swoją drogę przez mękę ciągłego odchudzania i jego braku. Ten rok ma być tym, w którym stawiam na siebie. Będę w końcu wyglądać tak, jak tego sama chcę.
    Dziękuję bardzo za ten wpis!

  • 8 lutego 2019

    Już się poważnie przestraszyłam, że tak podwyższasz nam standardy. Tymczasem okazuje się, że “aż” 52 a nie 48 kilo trzeba ważyć przy (również moim) wzroście 162.. Uff, naprawdę mi ulżyło:)

  • 8 lutego 2019

    W trakcie poszukiwania w internecie potrzebnych informacji znalazłam ten artykuł. Wielu osobom wydaje się, że mają rzetelną wiedzę na ten temat, ale z przykrością stwierdzam, że tak nie jest. Stąd też moje wielkie zaskoczenie. Gratki. Zdecydowanie będę polecała to miejsce i często tu zaglądała.

  • Sylwia
    Odpowiedz
    8 lutego 2019

    Ha! Z nieba mi spadłaś idealnie w momencie kiedy postanowiłam przestać odkładać dbanie o siebie na nieistniejący czas. Dziękuję! Przekażę dalej Twoje słowa i biorę je sobie baaardzo do serca

  • 8 lutego 2019

    Cześć,
    Bardzo mnie zmotywowałaś. Ostatnio jem dużo zdrowych rzeczy np dużo warzyw i owoców i też lepiej się czuję. Oby tak dalej 🙂 u mnie cel to właśnie “4 kg”.
    Pozdrawiam,
    Kasia

  • 8 lutego 2019

    super wpis i duzo cennych i rzetelnych rad!

    Pozdrawiam

  • Agata
    Odpowiedz
    8 lutego 2019

    Mój poniedziałek jeszcze nie nadszedł, a czekam tzn obiecuję sobie ten magiczny poniedziałek już…sama nawet nie pamiętam ale tak chcę podjąć twoje wyzwanie, od teraz nie od poniedziałku
    Ostatnio ciąży mi około 4-5 kilo, wiem to nie dużo ale zamiast brać się do roboty wolę zajęć smutek i czekać na ….

  • Barbara
    Odpowiedz
    9 lutego 2019

    Czuję jakbym czytala o sobie… Przynajmniej początek, ze mam 160 cm i waze 68 kg. Ciagle szukam wymowki ze to wina chorej tarczycy… Lustro omijam szerokim łukiem…NIE CHCĘ! 😉

  • Natalia
    Odpowiedz
    11 lutego 2019

    Witam …przeczytałam i podziwiam za siłę w dążeniu do celu celu Też chce coś zmienić Mam nadzieję że teraz się uda …DZIS

  • 12 lutego 2019

    Dokładnie – “nie czekam, działam! Czas i tak upłynie” to słowa które często sobie powtarzam na różnych płaszczyznach życiowych. Gratuluję decyzji o zmianie na stałe nawyków żywieniowych. To najważniejsze zrozumieć że dieta to nic innego jak sposób odżywiania i powinna zostać z nami na dobre 🙂

  • Ola
    Odpowiedz
    12 lutego 2019

    Witam, przede wszystkim podziwiam za osiągnięty cel, moim marzeniem jest 10 kg mniej, a moim największym wrogiem podjadanie w szczególności słodyczy: nawet mąż nie wie gdzie ja to wszystko mieszczę. Tylko, że ja głównie zajadam zmęczenie, może to brzmi dziwnie, ale im bardziej jestem zmęczona i nie mam czasu tym jem bez opamiętania i niezdrowo… A jak tu nie być zmęczonym przy żywiołowej 2,5 latce i 0,5 rocznym dziecku w domu 🙁

  • Agnes
    Odpowiedz
    17 lutego 2019

    Moja historia z odchudzaniem jest dluga. Jako dziecko bylam dziewczynka szczupla ale nie chuda. Zbyt nie korzystny czas w latach nastoletnich zawocowal u mnie jedzeniem na tle nerwowym. Powiedzmy ze w wieku 14 lat wazylam 58 kg przy wzroscie 164cm, pozniej w wieku 17 lata wazylam 64 kg przy wzroscie 168 cm. W wieku 18 lat podjelam rekawice i usilowalam schudnac chocdzac na silownie 3 razy w tygodniu, niestety efekt odwrotny siegnelam wagi 78 kg. Po roku czasu zmienilam aktywnosc na 5 km codziennie, juz w 1 miesiacu zgubilam 5 kg. W wieku 20 lat wazylam 60 kg, 18 kg odeszlo a pozostala troska i lek do konca ze moga wrocic. Dzis mam 45 lat waze 62 kg przy tym samym wzroscie. Jednak wciaz licze kalorie, dbam o ruch a od 25 lat jestem na zdrowym zywieniu w naszym domu sie nie smazy nie je po 19 wieczorem, uprawia sport chodzi na basen, sprawdza sie spis produktow. Do czego zmierzam ostatnio trudno mi zebrac sily aby utrzyac wage czy aby zgubic te zbedne 2 lub 4 kg. Tak zdarzylo i sie wazyc 58 kg aletylko 2 razy w zyciu i byla to raczej katorga jak dla mnie. Dodam ze moje cialo nie wiele spala ma tendencje do wiecznego odkladania zapasow. Nie dopadla mnie efekt jojo ale ostatnio zdalam sobie sprawe ze juz od 25 latwciaz zyje w sztywnychregulach zywieniowych a wiek w ktorym jestem jest jakby ostatnim chwila aby pocieszyc sie wieksza swoboda jedzenia. Bo procesy tarwiennne i juz tak sa wolniejsze nie wspominajac o pozniejszych chorobach i wyrzeczeniach. jestem zatem w miejscu ze chetnie wlasnie jadlabym te zakazane potrawy i ciezko jest wykrzesac wsobie sile aby dalej podazac ta droga. Tkanka tluszczowa tylko sie zasusza. Dodam ze nawet w ciazy i po ciazy nie wrocilo mi te 18 kg. Gratuluje.

  • Maria
    Odpowiedz
    21 lutego 2019

    Trafiłam całkiem przypadkiem, ktoś polubił, udostępniłna fb, a że siedzę i się nudzę to poczytam… I dobrze, że siedziałam – moment w którym przeczytałam o tym traceniu poczucia sprawczości – PADŁAM! borykam się z poczuciem że nic w życiu nie potrafię na różnych gruntach ale jakoś nigdy nie uswiadamialam sobie tego jaki to ma wpływ na mój wygląd. To był ten moment kiedy zobaczyłam wszystko inaczej. Dziękuję

  • 19 marca 2019

    Piękna metamorfoza! Gratulacje 🙂

  • Monika
    Odpowiedz
    5 kwietnia 2019

    A ja nie wyobrażam sobie schudnąć, bo nie wyobrażam sobie życia bez słodyczy 🙁 a powinnam schudnąć ze 20 – 30kg ;( przez nadwagę nie mam też siły na aktywności fizyczne. Jestem w kropce i chyba jestem skazana na bycie grubaską… 🙁

    • 8 kwietnia 2019

      Rozumiem, choć chyba tym bardziej warto się tym słodyczom przyjrzeć z bliska. Ja nie wyobrażam sobie życia bez miłości, wolności i rozwoju osobistego, więc ze słodyczami się pożegnałam kilka lat temu, aby poczuć tę wolność, a nie to co wcześniej czułam – uzależnienie od cukru.