Pięćdziesiąt twarzy Greya – recenzja

50 twarzy Greya

Mój prezent urodzinowy – w bardzo uroczym towarzystwie koszyka wypełnionego pięknie pachnącymi kosmetykami, które tak bardzo uwielbiam 🙂

Czekając na koleżankę przejrzałam kilka środkowych stron i zaciekawiona kolejnego dnia z przyjemnością usiadłam do lektury.

Lubię książki ze skomplikowanymi emocjonalnie bohaterami, dlatego pierwsze 100 stron przeczytałam wciąż czekając na to wielkie „wow”, o którym wszyscy mówią.
Nie doczekałam się tego na kolejnych 200 stronach, a czytanie kolejnych kilkuset sprawiało mi coraz większą trudność. Książka przeczekała więc na stoliku nocnym kilka tygodniu, aż sięgnęłam po nią raz jeszcze i „jakoś to poszło”.
Im bliżej końca tym z większą ciekawością wypatrywałam „tego czegoś”, „wielkiego wow”, niestety się nie doczekałam.

A najbardziej podobała mi się ostatnia strona i to nie tylko dlatego, że książkę mogę zaliczyć do zaliczonych/odhaczonych 😉 ale dlatego, że dostrzegłam w niej puentę, która została ze mną na kolejnych kilka dni, wracała w przemyśleniach, prześwitywała w moich spojrzeniach na otaczającą rzeczywistość.
Lubię refleksję, a ta pojawiła się u mnie w odpowiednim momencie.

Moja ocena: 3 w skali 5 – można przeczytać (jeśli ma się dużo czasu)

3 komentarze
Zostaw komentarz:

  • 9 grudnia 2013

    Ja również książke odhaczyłam i szczerze to nie wiem skąd ten szum.Strasznie irytowały mnie powtórzenia w tekście, a o wewnętrznej bogini to już w ogóle miałam dosyć czytania.

  • 15 listopada 2013

    Przeczytałam wszystkie części i własnie ta pierwsza w sumie jest najgorsza jak dla mnie – w drugiej i trzeciej dzieje się więcej akcji (nie tylko tej oczywistej, która sie sama nasuwa) przez co książki pochłonęłam 🙂