Do spełniania marzeń także trzeba mieć odwagę

blog podróżniczy

Nie mogę przestać myśleć o słowach, które usłyszałam ostatnio: “Podejmuj decyzje tak, jak byś się nie bała – strach jest złym doradcą”. Wzięłam to sobie do serca i wyjeżdżam.

 

Nie wiem, czy wiesz, ale część moich studiów odbyłam w Paryżu. Od zawsze miałam cel – chciałam mieć własny, kobiecy biznes, zgodny z moimi ideałami i wartościami – dziś mamy Wytwórnię Ślubów i Akademię Wytwórni Ślubów, ale gdy w 2006 roku to marzenie pojawiło się w mojej głowie, byłam – co tu dużo mówić – biedną studentką, dorabiającą jako barmanka, która pracując 3,5 dnia w tygodniu (i nocy), wyrabiała pełen etat.  Na randki z Wojtkiem umawiałam się pomiędzy 3 w nocy a 7 rano, a ogromną część tego czasu spędzaliśmy we Fiacie Seicento, gdyż od jego domu do restauracji, w której pracowałam, było ponad 60 km w jedną stronę.

 

Gdy pojawiła się szansa, że część studiów będę mogła odbyć w Paryżu, wiedziałam, że to może być dla mnie szansa nie tylko na studia na prestiżowej uczelni, w Naprawdę Wielkim Mieście, ale także na przygodę życia i… pierwsze poważniejsze pieniądze do zarobienia. Stypendium, które otrzymywałam w wysokości 300 Euro miesięcznie na różnice wynikające z zamożności studenta polskiego i francuskiego (nie wiem kto to wyliczał) oraz 500 zł miesięcznie stypendium naukowego, nie starczyłoby mi nawet na wynajęcie najmniejszego pokoju w Paryżu, ale moich marzeń nic nie mogło wtedy zatrzymać. Postanowiłam, że nie tylko wyjadę na uczelnię do Paryża, ale jeszcze wrócę z pieniędzmi na otwarcie pierwszego własnego biznesu.

 

Zdecydowałam się wyjechać do Paryża, choć zupełnie nie było mnie na to stać, na własną rękę szukając pracy jako au pair. Dodam, że nie znałam nawet podstaw języka francuskiego, gdyż studia miałam odbyć na anglojęzycznym kierunku. Zamieszkałam w bardzo francuskiej rodzinie, otrzymując za swoją pracę, oprócz pokoju z łazienką i wyżywienia, 350 Euro comiesięcznej pensji. Dzięki temu nie dość, że mogłam zaoszczędzić całe stypendia i część pensji, to jeszcze w ramach wynagrodzenia zamieszkałam w XVI dzielnicy Paryża, która ma reputację dzielnicy zamieszkiwanej przez najbogatszych mieszkańców miasta, a potwierdzają to najwyższe ceny nieruchomości w całej Francji. Wiesz już więc, skąd między innymi miałam pieniądze na pierwszy własny biznes, ale ja z Paryża przywiozłam coś o wiele bardziej cennego.

 

Do moich obowiązków należało nie tylko opiekowanie się Dzieckiem, ale także, albo i przede wszystkim, pomoc w opiece nad domem. Moja chęć do pracy była z pewnością czynnikiem bardzo wyróżniającym mnie na tle kandydatek, które zwykle chciały ograniczyć się jedynie do opieki nad dzieckiem. Brak znajomości języka francuskiego przekułam w swój atut – dzięki temu moja podopieczna miała codziennie zapewnioną 5-godzinną naukę języka angielskiego – musiałyśmy się przecież jakoś komunikować.

 

Dom, w którym przyszło mi zamieszkać, był niesamowicie ulokowany – pośród wszystkich kamienic wchodziło się w zamkniętą, niepozorną, stalową bramę, a tam, wśród drzew, w centrum miasta, stał wolnostojący, czterokondygnacyjny dom z malutkim ogródkiem. Wydaje mi się, że miałam wiele szczęścia, choć pewnie powinnam powiedzieć, że pozytywnie przeszłam dwutygodniowy okres próbny i zdobyłam tę pracę – znalazłam się w niezwykłej rodzinie, w której dopasowując każdorazowo ręczniki do szlafroków i pościeli, nauczyłam się zwracać uwagę i dbać o każdy szczegół. Nakrywając codziennie do śniadania już wieczorem poprzedniego dnia, nauczyłam się organizacji i planowania. Jedząc wspólne posiłki i robiąc zakupy, nauczyłam się jeść tak, że choć moja dieta opierała się w dużej mierze na pysznym świeżym pieczywie i jeszcze smaczniejszych dojrzewających serach, ja w końcu traciłam na wadze. Wychodząc na miasto, nauczyłam się chodzić gdzie tylko to możliwe pieszo i naturalnie prowokować ruch. Mieszkając w tak cudownym mieście, nauczyłam się chłonąć piękno otaczającego mnie świata i cieszyć się z tego, że jestem, widzę, czuję. Nauczyłam się być sama ze sobą, polegać na sobie i lubić siebie. A były to czasy, gdy jedyny dostępny darmowy Internet był w McDonaldzie, telefon służył do dzwonienia i wysyłania sms’ów, a minuta połączenia do Polski w moim pre-paidzie kosztowała niemal 10 złotych.

 

Gdy wyjeżdżałam do Paryża, marzyłam o tym, aby założyć portal ślubny – dziś PobieramySię ma 11 lat, przekazałam jego stery w dobre ręce mojego zespołu, a sama oddałam duszę i serce Wytwórni Ślubów i jej Córce – Akademii. Myślę, że nie byłoby tego wszystkiego, ani mnie w roli Wedding Plannera, gdyby nie mój wyjazd do Paryża. Podejrzewam, że nigdy nie uwierzyłabym w siebie na tyle, aby uwierzyć, że Młode Pary uwierzą we mnie. Myślę, że troska o każdy detal, której się nauczyłam w XVI dzielnicy Paryża, nie przychodziłaby mi z taką łatwością, jak przychodzi mi dzisiaj, a ja nie umiałabym tak motywować moich Kursantów do zdobycia zawodu Konsultanta Ślubnego, co czynię teraz z największą pasją i oddaniem.

 

Ogromne zmiany wprowadzam także do naszego dzisiejszego życia. Czuję, że mimo wszystko za wiele w życiu odkładałam. Na to aż schudnę, na to aż będę miała więcej czasu, na to gdy będę miała większą stabilność finansową. Odkładałam porządek w szafie i robienie zdjęć, odkładałam podróże, odkładałam czas ze znajomymi, odkładałam słodkie nicnierobienie, wypełniając swój kalendarz zadaniami po brzegi.

 

Jak już wiele razy mówiłam, uwielbiam zmiany i uwielbiam wszelkie momenty zwrotne. Dlatego w 2018 rok weszłam z wielkimi marzeniami, ale tym razem poparłam je osadzeniem ich w czasie. Planowanie roku 2018 rozpoczęłam od planowania wakacji, wolnych dni, czasu dla siebie i rodziny czy czasu na czytanie (w końcu dostałam mój upragniony podświetlany Kindle!). Co więcej, nic nie dodało mi tak siły i wiary we własną zmianę, jak pierwsze zrealizowane plany, szczególnie te wakacyjne – relację z naszych pierwszych wakacji możesz przeczytać tutaj, na drugie jedziemy już w najbliższy czwartek.

 

Z ogromnym sentymentem od lat cofam się do tamtych chwil w Paryżu. Nie ma chyba dnia, abym nie wracała we wspomnieniach do paryskiego krajobrazu i domu, a ten wyjazd był, żeby Ci nie skłamać… 1, 2, 3… 12 lat temu! A skoro pozostaje we mnie wciąż tak żywy, tak ważny, postanowiłam pójść o krok dalej i zaplanować nie tylko ten, ale i kolejne lata. Postanowiłam zacząć czerpać dodatkowe benefity z tego, że oboje z Wojtkiem prowadzimy firmę i zaplanować kolejne sezony tak, aby co roku móc się przeprowadzić z całą rodziną na minimum miesiąc do jakiegoś wyjątkowego miejsca na świecie.

 

Celowo nie planuję pięciu krótkich podróży tylko jedną dłuższą, aby mieć szansę, tak jak miałam w Paryżu, wtopić się w tłum lokalnych mieszkańców, poczuć zapach miasta, gdy codziennie rano wstaję i udaję się do piekarni po świeże, ciepłe pieczywo. Nie chcę zwiedzić wszystkich stolic Europy w 14 dni ani biegać z aparatem i w 24 godziny zrobić sobie zdjęcie przy każdej głównej atrakcji turystycznej Budapesztu czy Barcelony, tylko chcę powoli i codziennie spacerować po mieście, doceniając jego, często niewidoczne dla turystów, walory, chodzić z dziećmi na place zabaw, poznawać nowych ludzi i wzbogacać nasze życie o nowe doznania, emocje, smaki, widoki i znajomości. Ma być jak najbardziej codziennie i normalnie, dlatego będę też pracować, a miesięczny wyjazd ulokuję pomiędzy kolejną edycją Kursu a Koordynacją Ślubu i Wesela.

 

W mojej głowie panuje ogromny chaos, wiele osób stuka się w głowę i z niedowierzaniem słucha o moich planach, a ja modlę się o to, aby nie zabrakło mi odwagi, wybieram bowiem destynację na 2018 rok. Wybieram, bo stoi za mną Wojtek, który mówi: a ja wierzę w Twoją intuicję.

 

Mam ogromną ochotę spakować swoje życie do jednej walizki. Wziąć tylko to, co najpotrzebniejsze i zobaczyć, jak będzie mi się żyło z tak mała liczbą rzeczy, sprawdzić, czego najbardziej będzie mi brakowało i być może zmienić swoje priorytety i przyzwyczajenia.

 

A Ty do jakiego miasta chciałabyś się na miesiąc przeprowadzić? A może już mieszkasz w niezwykle urokliwym miejscu?

  • anna

    Cudowny plan, trzymam kciuki za jego spełnienie, moją miłością jest Madryt, w którym spędziłam 4 lata, zupełnie inny świat od naszej polskiej rzeczywistości, slow life i uśmiech sprzedawcy w sklepie, który zapyta Cię jak się masz, świat w którym nikt się nie spieszy a ja początkowo nie mogłam się do tego przyzwyczaić i miałam wrażenie że cały czas idę pod prąd, dopiero gdy popłynęłam z nurtem zrozumiałam hiszpańską mentalność…

    • Bardzo Ci dziękuję, działam bardzo mocno w kierunku tych marzeń, a właściwie już planów – zrobiłam w kalendarzu już piękne miejsce na miesięczny wyjazd, wyszukuję loty, lęk miesza się z ekscytacją ogromną 🙂

  • Ewelina Dąbrowska

    Dawno nie czytałam tak wspaniałego tekstu, tak pozytywnego i tak motywującego, że aż mam ochotę spakować walizkę i jechać za Wami ;-). Wspaniałe marzenia, wspaniałe plany, ja tak nie umiem, ale czytam Cie i kiedyś się nauczę. 🙂
    Powodzenia!!!

    • Dziękuję Ci za tak ogromnie motywujące mnie słowa!!! 🙂 Każdy nasz dzień to nauka, nie chcę ich już marnować 🙂 Za Ciebie również ogromnie trzymam kciuki!

    • Jagna Gajewska

      To prawda, ja też długo nie czytałam tak motywujacego i pozytywnego tekstu i tak samo się rozmarzylam… Ja wybralabym Rzym… Ta potęga z jednej strony i romantyzm z drugiej… Swoją drogą dzięki Twojemu kursowi też postawilam w swoim życiu wszystko na jedną kartę i jestem przeszczesliwa, choć jestem dopiero na początku swojej nowej drogi. Nowej, ale takiej, o jakiej zawsze marzyłam… Bez etatu u kogoś 🙂 Pozdrawiam Was gorąco i życzę wszystkiego, co najpiękniejsze :*

  • Oj tak! Trzeba odwagi by nie cofnąć się w spełnianiu marzeń. To jedno, ale drugie to to, aby nie zrażać się gadaniem innych, ze na pewno się nie uda i po co w ogóle zaczynać. Mam tak teraz, bliskie mi osoby podcinają skrzydła i negują moje planu. A ja tak mocno wierzę w siebie ze nie oglądam się na boki, tylko idę w zaparte.

    • Święte słowa! Bardzo często słyszę to od moich Kursantek, których otoczenie w ogóle nie rozumie ich pasji do ślubów. A kto to jest w ogóle ten Konsultant Ślubny? Nie wygłupiaj się, pracuj w banku kolejnych 10 lat! Dlatego tak ważne jest otaczać się osobami, które ciągną nas w górę, to dodaje skrzydeł! Cudownie, że się nie poddajesz i robisz swoje – brawo Ty!

  • Marta

    Piękny wpis. Mocno Tobie kibicuję!

  • Wspaniała historia, cudownie że się nią podzieliłaś! Paryż uwielbiam i ogromnie zazdroszczę, że mogłaś w nim pożyć, wtopić się, chłonąć każdego dnia. Trzymam kciuki za Twoje plany, jak dla mnie mają one ogrom sensu i żadnego powodu do pukania się w głowę 😉 Powodzenia! <3

  • Aga

    Niesamowita historia. Akurat jestem na takim etapie życia, że to, co stare przestaje mnie cieszyć. Pragnę wyjechać, jednak strach mnie powstrzymuje. Twoja historia dodała mi wiary, zapamiętam ją i pójdę przed siebie z większą wiarą. Dziękuję i życzę, co najlepsze. :))

  • Małgorzata Niemczyk

    Aga, ten wpis jest niesamowity! Marzenia to coś, co trzyma nas przy życiu – bez nich nie ma po co 🙂 Też przeżyłam swój wielki wyjazd studencki do obcego kraju, a wybór miejsca wydawał się mi (a przede wszystkim mojej mamie!) nieco szalony. Zawsze myślałam, że mój Wrocław to ogromne miasto, ale Stambuł zdecydowanie zaburzył moje pojęcie “wielkości”. Sama w męskim i muzułmańskim świecie nauczyłam się samodzielności, odwagi i odkryłam, co jest dla mnie ważne. Absolutnie się zgadzam z twierdzeniem, że podróże kształtują człowieka 🙂

  • Ale trafiłam! To pierwszy tekst, jaki czytam na Twoim blogu i od razu taki, że muszę skomentować 🙂

    Uwielbiam takie historie, jak Twoja. Więcej; mam nawet wrażenie, że gdy ludzie się czasem pukają po głowach, to całkiem dobry znak 🙂 Pomysł miesiąca gdzieś dalej jest świetny, aż szkoda byłoby nie skorzystać z tej elastyczności, jaką Ci daje praca na swoim.

    Co do miasta – ja wybrałabym pewnie coś portugalskiego…Choć piszę to, będąc właśnie w podróży życia w Colorado, gdzie wynieśliśmy się na 1.5 roku dla odświeżenia głów 🙂 Gdy zaraz po podpisaniu kontraktu okazało się, że jestem w ciąży z bliźniakami, ludzie też pukali się po głowach. Polecieliśmy, co weekend łazimy po górach i jakieś 95% dni to pełne słońce 🙂 Zdecydowanie warto ryzykować. Zostanę sobie tu na dłużej 🙂