Witamy na oddziale choroby, która nie istnieje

Cześć, tym razem tu Wojtek – mąż Agi. Podzielę się z Tobą historią, która spotkała naszą rodzinę w grudniu 2020 r. – nie żebyśmy się nie spodziewali, bo nie sposób jest nie myśleć o możliwości zakażenia koronawirusem w dobie panującej pandemii, ale jakoś inaczej jest planować/myśleć/gdybać niż być na pierwszej linii frontu czyli w samym epicentrum wydarzeń.

 

A teraz weź proszę głębi oddech. Ale taki naprawdę solidny, jak wtedy, gdy wychodzisz na zewnątrz wiosną o poranku… Miłe uczucie, gdy to robisz i czujesz rześkość powietrza wpływającego przez nos i wypełniającego Twoje płuca w całości. Teraz wyobraź sobie, że nie możesz tak zrobić, bo coś wewnętrznie Ci nie pozwala. Ból, dyskomfort, kaszel – blokada. Próbujesz drugi raz – podobnie. Tak: to czuje część osób, których organizm został zainfekowany przez koronawirusa atakującego głównie drogi oddechowe. U niektórych osób (jak widać, na szczęście, to znakomita większość zachorowań) zakażenie jest bezobjawowe lub skąpoobjawowe, ale są też przypadki – takie jak mój – które są „mocno objawowe”. Dodam, że mam 36 lat, nie palę papierosów, w miarę możliwości zdrowo się odżywiam, nie mam cukrzycy, miażdżycy, chorób serca, choroby wieńcowej, astmy, obciążeń onkologicznych… i nie miałem wybranego lekarza pierwszego kontaktu. Tak. Bywają i takie przypadki. Ale zacznijmy od początku.

 

Zakażenie koronawirusem

Nie wiem, gdzie i kiedy zaraziłem się koronawirusem. Mamy 3 hipotezy, ale nie jestem w stanie potwierdzić, która z nich jest najbardziej prawdopodobna. W toku rozmów z rodziną i tak doszliśmy do wniosku, że nie ma to większego znaczenia. Mleko się rozlało i dochodzenie tylko pozbawia nas tak potrzebnej energii do działania na jutro. To co może jednak być istotne, to abyś wiedział, że dość poważnie podchodziliśmy do tematu epidemii i stosowaliśmy dostępne środki ostrożności, starając się przy tym żyć normalnie. Płyny do dezynfekcji zawsze po wejściu auta, maseczki głównie jednorazowe, dezynfekcje klamek i włączników w domu i w biurze, dezynfekcje klawiatur i myszek, a spotkania ograniczone praktycznie do zera.

 

Dzień 0

Każdy już zapewne słyszał o milionach objawów, jakie mogą wystąpić po zakażeniu koronawirusem. Są te z serii mocno oczywistych, wynikające z atakowania komórek nerwowych przez wirusa, jak utrata lub zmiana smaku czy węchu. Niemniej jednak, po przeczytaniu setek opinii, chyba może wystąpić już każdy objaw, zaczynając od bólu głowy, kończąc na biegunce. Moja rada jest taka: objawem niepokojącym jest coś, czego wcześniej nie doświadczałeś podczas infekcji. U mnie akurat były to zawroty głowy. Nie miewam czegoś takiego. Później (1-2 dni) doszło takie uczucie pieczenia/suchości w nosie w okolicy zatok. A kataru ani zatokowego bólu głowy nie było. Smak i węch też miałem, może miałem lekkie odczucie niedosolonych dań? Sam już nie wiem, ile w tym było autosugestii, a ile prawdy.

 

Dzień 1

Objawy nie były na tyle silne, abym pomyślał, że to coś więcej, niż przeziębienie. Niemniej w poczuciu odpowiedzialności i chęci podjęcia najlepszych decyzji chcę umówić się na teleporadę do lekarza pierwszego kontaktu. Tu mała dygresja: jeśli, tak jak ja, nie masz wybranego lekarza POZ, to zrób to jak jesteś zdrowy. Okazało się, że mogę wybrać lekarza online, ale deklaracja będzie procedować się 2-3 dni (sic!). Najlepszą metodą jest udać się do placówki i wypełnić deklarację ręcznie. Do placówki wpuszcza się osoby zdrowe (pomiar temperatury), więc jeśli miałbyś gorączkę, to już się do lekarza przez 2-3 dni nie dostaniesz, a więc lekki paradoks. Tak czy siak – absurdalna sytuacja, może z mojej winy, bo przecież lekarza pierwszego kontaktu warto mieć wybranego.

 

Dzień 2

Nowo wybrany lekarz POZ była bardzo miła i zleciła wymaz w kierunku COVID-19. Od razu, umówiliśmy również test dla Agi, która coraz gorzej się czuła.

 

Jak to wygląda w praktyce?

 

Dostajesz numerek ze zleceniem i umawiasz się do dowolnego punktu. Uwaga, tu warto podzwonić po kilku w celu znalezienia najszybszego terminu. Wahały się one od 1 dnia do 5 dni – a im szybciej się dowiesz, tym szybciej zareagujesz i tym szybciej skończy się izolacja/kwarantanna, które rozpoczęły się w momencie otrzymania skierowania na badanie (możesz opuścić miejsce zamieszkania tylko w celu zrobienia testu), a trwają minimum 10 dni od daty wyniku pozytywnego. Po tym czasie podobno w organizmie większości osób nie ma już śladu po wirusie. Pozostaje spustoszenie, które leczymy, ale o tym dalej.

 

Dzień 3

SMS informujący o wyniku wymazu przyszedł rano. Zalogować możesz się albo do systemu laboratorium, albo na pacjent.gov.pl: wynik POZYTYWNY.  Jest tam informacja na jak długo nałożono na Ciebie izolację. Tutaj ważny aspekt – aktualnie, jeśli nawet zrobisz test prywatnie, to i tak ta informacja trafi do systemu, więc de facto nie ma możliwości uzyskania wyniku bez informowania o nim świata.

 

Dzień 4-5

Mamy pulsoksymetr, który kupiliśmy wcześniej w ramach „przygotowań”. Mamy zapasy na ok. 1 miesiąc, włączając wodę, papier toaletowy i pełną zamrażarkę. Mamy leki i suplementy, więc pełni nadziei zostajemy w izolacji z naszymi 3 i 6 latkiem, licząc na fajny rodzinny czas razem.

 

Ale zaraz, zaraz, przyszedł wynik Agnieszki i jest… NEGATYWNY. Błąd? Być może. A może nie? Faktycznie, mój stan się pogorszył, Agnieszka czuje się coraz słabiej, a dzieci fikają jak zwykle.

 

Zapadła decyzja: muszę się odizolować, ale jak zrobić to w jednym domu? Nie mamy „zapasowego” wolnego mieszkania. Nie da się (1 łazienka, 1 kuchnia – Mission Impossible). Googlujemy, bo w tym jesteśmy nieźli. Jest pomysł: izolatorium. Wszystko ma sens, temat wymaga tylko skierowania od lekarza POZ, które uzyskuję drugą teleporadą. Osoby niemające warunków, aby się odizolować od zdrowej rodziny, a których objawy nie wymagają hospitalizacji, mogą spędzić czas infekcji w takim miejscu jak izolatorium. Płaci NFZ, a niektóre placówki wyglądają ładnie i zapewniają podstawowe warunki hotelowe, łącznie z wyżywieniem  3 razy dziennie do pokoju.

 

Dla nas dobra opcja, mimo że izolatorium było w Mielnie, czyli 3-4 godziny od naszego domu. Żartujemy, że czekają mnie wakacje nad morzem z Netflixem. Widzę, że Aga nawet nieco zazdrości tego potencjalnego relaksu, ale cóż – jak mus to mus, jesteśmy rozsądni. Jutro pakuję torbę i jadę. Sęk w tym, że rano nie czuję się w najlepszej formie. Może kawa, może ibuprofen i wit C? Jest różnie, gorączka zaczyna pojawiać się coraz intensywniej. Odkładam wyjazd na popołudnie.

 

Odbieram telefon z izolatorium, które spodziewało się mojego przyjazdu: „Dzień dobry, nie mam dobrych wieści, dostaliśmy właśnie pismo z Ministerstwa Zdrowia, że nas zamykają i nie możemy Pana przyjąć„. Szczęście w nieszczęściu, że nie byłem 2h drogi od domu, słysząc tę informację.

 

Decyzja: zostaję na razie w domu, bo mój stan się pogarsza. Gorączka, zmęczenie i… saturacja, czyli nasycenie krwi tlenem mierzone przez pulsoksymetr, czasem niepokoi. Tym bardziej niepokoi, że kupiłem „lepszy model z certyfikatem medycznym”, więc poziom ufności do liczby, jaką pokazuje, jest duży. Pulsoksymeter to relatywnie tanie urządzenie (ok 100-300 zł), które pokazuje, jak dobrze natleniona jest Twoja krew. Możesz kupić go we własnym zakresie lub otrzymać go „od państwa” na życzenie. Osobom starszym z wynikiem pozytywny pulsoksymetry są wysyłane automatycznie. Granicą poziomu saturacji, decydującą o tym, czy pacjent wymaga hospitalizacji, zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Zdrowia, na którą powoływali się pracownicy medyczni, była saturacja mniejsza niż 90%. Zdrowa osoba niepaląca ma saturację na poziomie 97-99%, co zresztą potwierdzaliśmy, bawiąc się nową zabawką za „zdrowych czasów”. Pomiary u mnie: 91-92%… rano 88%… robi się dziwnie. A powinno być tak:

 

Dzień 6

112. „Halo? Chcielibyśmy wezwać karetkę, duszność, saturacja na poziomie 88, wynik COVID: pozytywny„. Dyspozytor podaje numer telefonu do lekarza, żeby skonsultować się na szybkiej teleporadzie ze świąteczną opieką chorych. Dzwonimy, lekarka twierdzi, że trzeba ponownie dzwonić na 112 i wzywać karetkę, gdyż mogło dojść do bakteryjnego zakażenia i może konieczny jest antybiotyk, a już na pewno badania i diagnostyka.

 

Dyspozytor, do którego oddzwaniamy, jest zniesmaczony takim obrotem sytuacji i z łaską robi zlecenie na karetkę, ale nie jest w stanie określić, kiedy karetka przyjedzie (sic!). 1 godzina? 5 godzin? Twierdzi, że „będzie dziś”. Dziwne, no ale jakie mamy wyjście? Przyjechali po około godzinie. Pomiary saturacji trwały kilka sekund, wynik „na granicy ustawy”, pada pytanie, czy chcę jechać do szpitala czy nie. Absurdalne pytanie. Oczywiście, że nie, ale to nie ja mam to wiedzieć. Jasne, że nie chcę. „Otuchy” dodawały sugestie ratowników: „No bo miejsc nie ma, więc nie wiem, ile godzin będziemy się odbijać w tej karetce od szpitala do szpitala, może pojedziemy do Słupska, a może na Hel„.

 

Yyyyy, że gdzie?

 

„Ma Pan ponad 39 stopni, stąd zawroty i duszności. Nie od COVID-19. To jasne i proste”.

 

Zastrzyk 2.5 g Pyralginy i „będzie lepiej”. Ratownik przekonuje nas, jakie wielkie szczęście nas spotkało, że na niego trafiliśmy – taki dobry, nie zabrał nas do szpitala, a tam ludzie umierają. Skoro Pan tak twierdzi, to ok. Nie wnikam, że był to najgorzej wykonany zastrzyk domięśniowy (w pośladek), jaki można sobie wyobrazić – Aga świadkiem, a niejeden miała taki robiony. Była przerażona, ja zwijałem się z bólu dłuższą chwilę po zastrzyku, który trwał 2 sekundy. Bum, psik.

 

Pod naciskami ratowników medycznych zostałem w domu. Perswazja była naprawdę silna. Według mnie zbyt silna i błędna, bo jak zaraz przeczytasz, ocena mojego stanu zdrowia przez załogę karetki była nieprawidłowa – nawet mnie nie osłuchali. Sprawy niestety nie możemy tak zostawić, bo to może kosztować niejedno życie.

Dzień 7

Jest źle. Saturacja rano 87-88% i jakoś nie chce być więcej. Po konsultacji wyników wiemy, że musimy szybko jechać do szpitala. Ale… nie możemy, bo mamy izolację i kwarantannę. Szczęście w nieszczęściu nasz znajomy jest ozdrowieńcem. Rano odbiera mnie z domu i jedziemy do szpitala. 120 km/h przez miasto, mówię w lekkiej nieświadomości, że wziąłem z domu 1000 zł, więc jeśli będzie konieczność, opłacę mandat – powinno starczyć.  Mówi, że dziękuje za propozycję, ale prawdę mówiąc, gdy będzie stała policja to… i tak się nie zatrzyma. Później wróci wyjaśnić. Kochany.

 

SOR od razu, bez opasek i zbędnych bzdetów, zajął się mną superfachowo, łącznie z pomocą z noszeniem torby, którą zwykle targam bez problemu. Dziś jakoś gorzej idzie. Komputer, parametry, kozetka. Co chwilę słyszę pytanie, czy się denerwuję. Nie wiem, czemu o to pytają – w sumie to aż tak źle nie jest, bo jestem już w szpitalu.

 

Okazuje się, że prócz tej saturacji 88% ważny jest też puls, który do tej pory ignorowałem. 120-125 uderzeń na minutę na leżąco to jednak podobno dużo. No i kolejny parametr: liczba oddechów na minutę. Tego zwykle nie mierzymy. No nic. Lekarka osłuchuje stetoskopem i stwierdza, że ok. 50% płuc, cytuję: „zniszczone przez COVID„. WTF? Jak zniszczone? „No wie Pan, teraz jedziemy na badanie tomo-komputerem (TK), aby potwierdzić. Zmiany się cofają, ale zrosty, blizny…„. What??

 

Ok, szybkie TK, które wbrew pozorom było trudne, bo jak tu wstrzymać oddech na 10 sekund? Prawie wytrzymałem, radiolog mówi, że wystarczyło. Wynik TK: 50-60% zmian. Lekarka niewiele się pomyliła osłuchowo, a pamiętajmy, że ratownicy medyczni dzień wcześniej NIE osłuchali mnie kompletnie.

 

Dostałem maseczkę z tlenem, oczy się otworzyły i umysł pojaśniał jak po trzech Red Bullach. Przyjmują mnie na oddział. Z tlenem jest tak fajnie, że już nie chcę się z nim rozstać. Jedziemy na oddział na kozetce, z wielką butlą na łóżku.

 

Na miejscu personel wita mnie słowami, które zapamiętam do końca życia: „Witamy na oddziale choroby, która nie istnieje.”

 

3 piętra COVID-owe, ok. 60 pacjentów.

 

Dzień 8

Pierwsza noc w szpitalu była dla mnie całkowicie pierwsza, bo nigdy wcześniej nie byłem w szpitalu. Pierwszy raz z życiu miałem zakładany wenflon. Ale to i tak nie miało znaczenia, bo miałem jasny umysł i oddychałem w miarę normalnie dzięki tlenowi. Mimo to nie mogłem jakoś sobie wyobrazić, co się stanie, gdy mnie odłączą. Teraz to irracjonalne, ale jakoś wtedy moje myśli krążyły wokół wizji chodzenia wszędzie z butlą. Bo jak zmiany się nie cofną, to co? Bo przecież młodzi ludzie też umierają? Problemem okazał się też mój współlokator. Miły starszy pan, ale niestety był on zrezygnowany i wyrażenia padające z jego ust: „straszna choroba„, „czas umierać” czy „lepiej byłoby już umrzeć” – powiedzmy delikatnie, nie napawały mnie optymizmem.

 

Zmiany w płucach są duże. Lekarz już poinformował mnie o planie leczenia: tlen, sterydy, osocze ozdrowieńców (może 2 jednostki). Lek na ebolę już raczej nie (Remdesiwir), bo trafiłem dość późno. Ten lek podobno w początkowej fazie może zahamować namnażanie wirusa. Ma też skutki uboczne. Dobrze wiedzieć, co będzie się działo.

 

Lekarz też wyjaśnił, co się dzieje w niedotlenionym organizmie: nie chodzi o to, że się uduszę jak pod wodą w 3 minuty. Nie, ale długo niedotleniony organizm (kilka dni) jest zakwaszony, Bardzo obciążone są np. nerki i serce. W pierwszej fazie dostaję sporo tlenu (9 l/min) i kroplówki z elektrolitów oraz potasu. W sumie jakieś 2 l kroplówek w pierwszej dobie. I ciągle chce się pić, więc ze 2 l jeszcze doustnie. Kolor moczu daleki od słomkowego, co uzmysławia mi skalę problemu. Widać, że mój organizm już źle pracował.

 

Dzień 9-10

Aby zamówić osocze, szpital musi mieć pewność co do grupy krwi. Zbyt ważna sprawa, by deklaracja niedotlenionego pacjenta miała jakieś znaczenie, choć swoją grupę krwi oczywiście znałem. Badanie musi być dodatkowo zrobione dwukrotnie. Taka procedura, no i fajnie. Zamówione osocze z centrum krwiodawstwa z Gdańska przyjechało na drugi dzień. Tu też ciekawostka, bo na oddziale nie widzieli jeszcze osocza grupy krwi ZERO, jaką ja mam. Rzadko ta grupa trafia na oddziały COVID-owe i nie dlatego, że jest mało popularna – 37% populacji taką ma. Aha, RH+ czy RH- w przypadku osocza nie ma znaczenia. Samo ZERO wystarczyło. W nocy po przyjęciu osocza nie czuję się jednak najlepiej. Znów gorączka, a nie było jej już kilka dni. Pewnie reakcja organizmu i „coś się dzieje”.

 

Dzień 11

Czuć poprawę. Znaczną poprawę. Na to składa się przeniesienie do innej sali, zasugerowane przez lekarkę, która widziała, że kolega z pokoju nie nadaje tych falach co ja, krótko rzecz ujmując. Od tego momentu pobyt w szpitalu to codzienna poprawa wydolności i samopoczucia. WC bez tlenu, później prysznic bez tlenu. Z lokatorem też można pogadać o czymś innym niż o śmierci. Jest pięknie.

 

Dzień 12 – Wigilia

Czuję się świetnie. Sam już nie wiem, czego to zasługa, bo składowych jest wiele: ja żyję, oddycham bez tlenu i mam 95% saturacji, moja Mama w drugim szpitalu też zdrowieje, Aga daje radę sama w domu z dziećmi i czuje się mimo swojej choroby dobrze (chyba zapomniałem wcześniej napisać, że się rozchorowała i podczas mojego pobytu w szpitalu w ponownym wymazie miała już pozytywny wynik). Chodzę po korytarzu. Parzę kawę współlokatorowi, co jeszcze nie za bardzo chodzi. Trenuję z butelką i słomką, śpię na brzuchu (lekarz tak sugerował).

 

Kupiłem koncentrator tlenu do domu. Lekarz podpowiedział, że dobrze mieć w razie duszności. I tu ciekawy temat: oddziały wypuszczają pacjentów, gdy są pewne, że… pacjent w domu sobie poradzi. Bo powrotu na oddział nie ma. One nie są dla ozdrowieńców z negatywnym testem. A oddziały pulmonologiczne (płucne), które właśnie służyły takim przypadkom, są najczęściej przekształcane w COVID-owe. Więc jeśli jako ozdrowieniec lub osoba negatywna masz duszność, to trudniej znaleźć pomoc.

 

W Wigilię zapada decyzja – mam w domu koncentrator tlenu, dalszą tlenoterapię mogę kontynuować w domu. Wypisują mnie, z czego wszyscy bardzo się cieszymy, bo jest to szansa na choć kawałek normalności. Oczywiście Wigilia i tak bez dalszej rodziny jak zwykle, jednak w gronie najbliższych mi trzech osób.

 

Personel

Nie mam doświadczenia ze szpitalami, ale personel zasługuje na medal, albo i dwa. Spędziłem tam prawie 2 tygodnie, a personel nigdy nie dał się sprowokować innym pacjentom uskarżającym się wzajemnie na siebie. Ludzie w nocy krzyczeli, majaczyli, wyrywali wenflony, mylili łóżko z WC, zapominali, gdzie są… Personel w kombinezonach, maskach FFP2, przyłbicach i dwóch parach rękawic wszystko ogarniał, podchodząc ze szczerym uśmiechem i empatią do pacjentów. Szok. Żadnego zażenowania, zdenerwowania, pouczania.

 

Żarty, rozmowa, sprzątanie, nowe wkłucie, nowa kroplówka. Jeśli pacjent narzekał: „Co ta baba tak się drze?!„, pielęgniarki odpowiadały: „To biedna pani, nie wie, gdzie jest, ale zapewniam, ze ona COVID już nie ma i jutro wychodzi do domu„. Warto dodać, że na oddziały COVID-owe kierowani są też żołnierze. Nie robią wkłuć, bo nie potrafią, ale zapewniają pomoc przy pieluchach, posiłkach i zgonach. Tak, była przy mnie i taka sytuacja, co ciekawe, osoba nie zmarła na COVID. Miała saturację 98%. Szpital wyleczył COVID i przywrócił sprawność płuc, ale cały szereg innych chorób współistniejących sprawił, że odeszła.

 

Leki i suplementy

Poniżej przedstawiam, co przyjmowałem przed, w trakcie i po chorobie. Celowo nie piszę dawkowania, bo nie chcę Ci tego sugerować:

  • Profilaktyka przed chorobą: Witamina C, Witamina D (osobno, bo reaguje z C), czosnek z kapsułkach, elektrolity, magnez.
  • Leczenie w domu: Witamina C, Witamina D, miód, ibuprofen, paracetamol, pyralgina.
  • Leczenie w szpitalu: Tlenoterapia, kroplówki z elektrolitów, kroplówki z potasu, osocze ozdrowieńców, sterydy, Clexane (heparyna), Witamina D, cynk, probiotyk Vitamixx, probiotyk Dicoflor.
  • Leczenie zalecone po wyjściu ze szpitala:  Acard, IPP40, Dexamethazon.

 

Posiłki na oddziale COVID-owym

Pierwsze dni kompletnie nic nie jadłem, bo apetyt przy COVID jest zerowy. To, co przynosili, wydało się ogromne i marnowałem każdy posiłek. Jak apetyt mi wrócił (okazało się, że to sprawa sterydów), to byłem naprawdę w szoku, jak można za tak niską cenę przygotować 3 pełne posiłki.

 

Był świeży chleb, masło, szynka, ser, zupa mleczna, owsianka, kisiel, galaretka z owocami, kiełbaska na ciepło, zupa ogórkowa, zupa pomidorowa, jogurt naturalny, herbata. Fakt, że moja dieta była ogólna, cukrzycy mieli nieco uboższe zestawy.  Jedzenie podawane jest w jednorazowych pojemnikach, co dla mnie było pewną nowością, bo ciągle miałem wizję roznoszenia odkrytych talerzy i kubków, co w warunkach szpitalnych było dla mnie mało apetyczne.

 

Pomoc bliskich

Wiem, że bez pomocy rodziny i przyjaciół byśmy sobie nie poradzili. Nie, że bym umarł, ale nie umiem sobie tego wyobrazić na ten moment. Nie wiem, jak to by było. Moja Mama w szpitalu, Mama Agnieszki w domu pozytywna i bardzo chora, nasza Niania odstawiona, żeby nie narażać, bo nie chorowała wcześniej. Z pozoru błahe sprawy, jak zamówione wcześniej paczki do paczkomatów czy dostawa wody do szpitala, w momencie, kiedy wszyscy maja izolacje i kwarantanny. No jak? Zresztą nawet nie mieliśmy śmiałości prosić osób zdrowych, aby coś zawoziły na oddział COVID-owy, ale znaleźli się przyjaciele, którzy mogli to zrobić i swoją pomoc zaoferowali w najtrudniejszej chwili (nieskończone DZIĘKUJĘ). To zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko, a maseczka jednorazowa FFP1 jaką nosisz, nie zabezpiecza Ciebie, ale nieco chroni innych przed większym rozpylaniem wirusach, jeśli byłabyś chora, a o tym nie wiedziała.

 

Co spakować do szpitala dla chorego na COVID-19?

Odwiedziny na oddziałach oczywiście są zakazane, niemniej zakupy można dostarczyć poprzez pielęgniarki. Poniżej kilka rzeczy, jakie dla mnie były najważniejsze:

  • woda – podczas choroby bardzo chce się pić. Wdychanie tlenu potęguje ten efekt. Kup wodę 0.7 l z dzióbkiem, aby łatwo piło się na leżąco. Schodzą minimum 2-3 takie butelki na dobę;
  • musy – dobrze sprawdzały się u mnie musy owocowe dla dorosłych, czy też takie dla bobasów. Można zjeść na leżąco i dobrze wchodzi;
  • po kilku dniach, gdy było lepiej, ogromną radość sprawiła mi świeża bułka i ogórek kiszony, który spakowała mi moja wspaniałomyślna Żona;
  • papier toaletowy – u mnie w szpitalu był taki szary i ostry – nie wiedziałem nawet, że taki jeszcze produkują, a jednak. Nie ma jak domowy papier w kolorze białym;
  • płyn do dezynfekcji – samodzielnie zdezynfekowany stolik szpitalny to jest to;
  • spirytus – płyn do dezynfekcji słabo smakuje, a jeśli dezynfekujesz nim sztućce, to go zjadasz, spirytus sprawdza się o wiele lepiej;
  • chusteczki mokre nasączone czystą wodą – polecam WaterWipes;
  • chusteczki suche.

Jedna rada dla Ciebie

Z perspektywy całej sytuacji uważam, że największym problemem jest świadomość chorego lub jej brak – kiedy to już stan jest określany jako poważny, a kiedy nie.

 

Do tej pory wzywałem karetkę trzy razy w życiu. Zawsze były to nagłe, oczywiste sytuacje. Przy COVID, bez doświadczenia jako lekarz (możliwość osłuchania płuc) i dostępu do szybkich badań, np. CRP, TK/RTG (wszak jesteś w izolacji, nie możesz wychodzić), nie będziesz tego w stanie stwierdzić. Badanie saturacji jest na pewno jednym z najważniejszych rzeczy, jakie możesz zrobić. Dzwoniąc po pomoc, masz w zanadrzu konkretną liczbę, która dla dyspozytora będzie informacją, czy „przysługuje” Ci karetka w ogóle, czy za 5 godzin.

 

Też tak masz, że telefon na pogotowie uznajesz jako „koniec świata”? Że ojeju, tyle problemów narobisz, bo co jak przyjadą i stwierdzą, że trochę przesadzamy? To TRUDNO, to ich praca, a to Twoje życie i masz je jedno. To z Twoich składek w karetce jest paliwo, że kontrakt z ratownikiem medycznym jest podpisany i otrzymuje za to wynagrodzenie. Nigdy nie wahaj się dzwonić po pomoc, która Tobie się należy, „bo może przesadzasz”. A co jeśli nie?

 

Aktualnie na stan pisania tego posta mamy tyle szczęścia w nieszczęściu, że są miejsca w szpitalach i wolne karetki, a to w mojej ocenie na ten moment jest najważniejsze – dostać pomoc na czas.

 

Podsumowanie

Jako „ozdrowieniec” mam pewną refleksję: widzę, w jak dużym lęku żyliśmy od prawie roku. Niby wszyscy przywykliśmy do ciągłego informowania zewsząd o kolejnych zakażenia, zgonach i nowych obostrzeniach, ale w mojej ocenie towarzyszący nam codziennie stres wyniszczał nas powoli jak choroba przewlekła. Jedni bardziej bali się o swoje zdrowie, inni o swoich bliskich, a jeszcze kolejni o swoje biznesy czy pracę, która mało w której branży jest teraz pewna.

 

Nigdy nie wiesz, kiedy możesz zachorować. Nie da się przewidzieć, jak przejdziesz chorobę. Nie da się przewidzieć, jak zareagujesz na szczepienie. Nikt nie da gwarancji na 100%. Ale pewne jest, że prędzej czy później Świat jako populacja upora się z tym wirusem, bo nie z takimi chorobami i problemami ludzie dali już sobie radę. Niemniej każda „liczba” publikowana z MZ to codzienna osobista tragedia osób, które mają rodziny, dzieci, obowiązki. Nie powiem Ci, jak masz postępować. Czy masz przestrzegać obostrzeń, czy też nie.

 

Ten wpis jest bardziej opowieścią dla Ciebie, jeśli nie znasz nikogo, kogo spotkała ta choroba i jesteś ciekawy jej przebiegu. Być może pomoże Ci on zwrócić uwagę na niepokojące objawy, które wcześnie zauważone sprawią, że będziesz umiał zareagować szybciej i w odpowiedni sposób, jeśli pojawią się u Ciebie lub Twoich bliskich. Może będziesz wiedziała, jak sobie pomóc, jakie urządzenia warto mieć w domu. Życzę Ci jednak, żeby Cię to nie spotkało.

 

PS. Jeśli masz pytania, zostaw poniżej w komentarzu – na wszystkie opowiem.

PPS. Podaj post dalej jeśli czujesz, że post komuś może pomóc.

Subscribe
Powiadom o
guest
26 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments